piątek, 3 marca 2023

1 - Nigdy tego nie zrobiłam (cz.1)

 

ROZDZIAŁ 1

Nigdy tego nie zrobiłam (cz.1)

Millie

 

Powinnam wziąć sałatkę.

Powinnam była pójść do Whole Foods i wejść do ich baru sałatkowego (a tym samym móc zdobyć ciastko z ich piekarni, miły dodatek za wzięcie sałatki).

Nie weszłam do Whole Foods.

Poszłam do Chipotle.

Więc skoro byłam w Chipotle, powinnam wziąć zupę, a nie burrito.

Nie miałam zamiaru wziąć zupy.

Miałam zamiar kupić burrito.

Dlatego stałam w kolejce w Chipotle, próbując zdecydować się czy wziąć burrito pinto czy czarną fasolę, powtarzając sobie, że na kolację zjem sałatkę (to się nie stanie, ale wmawiałam sobie, że tak zrobię, coś, co zrobiłam często).

A w nadchodzących tygodniach z całego serca miałam pożałować, że nie poszłam do Whole Foods na sałatkę (i ciastko).

Była pora lunchu. Było tłoczno. Był hałas.

Ale usłyszałam to.

Głęboki, męski głos dobiegający z przede mnie.

Głos, który dojrzał. Był szorstki, prawie ochrypły, ale znałam ten głos.

Nigdy nie zapomnę tego głosu.

– Tak, podpisałem dokumenty. Wysłałem je. Żaden problem. Gotowe – powiedział głos.

Stałam w kolejce, mając problemy z oddychaniem i chciałam poruszyć moje ciało, przechylić się na bok, zerknąć przed siebie, by zobaczyć mężczyznę przywiązanego do głosu, potrzebowałam tego, ale nie mogłam zmusić ciała do wykonania tego, co mu kazałam.

- Nie mam jeszcze wyszykowanego miejsca, ale to nieważne - ciągnął głos - Mam mieszkanie w górach na weekend. Zabieram tam dziewczyny. Więc przyjdę po nie, jak powiedziałem, o czwartej w piątek. Odstawię je do szkoły w poniedziałek. Uporządkuję swoje miejsce tak szybko, jak to możliwe.

Nadal nie mogłam się ruszyć, a teraz był jeszcze większy powód.

Zabieram tam dziewczyny.

Odstawię je do szkoły w poniedziałek.

Miał dzieci.

Logan miał dzieci.

Liczba mnoga.

Poczułam kłucie w nosie, gdy mój oddech stał się nierówny, serce waliło mi jak młotem, palce mrowiły w bolesny sposób, jakbym spała i właśnie się obudziła.

Głos ciągnął dalej.

- Racja. Jak możesz to zrobić, byłoby fajnie. Powiedz im, że tata je kocha. Zadzwonię do nich wieczorem i zobaczę je w piątek - Pauza, a następnie - Okej. Dzięki. Później.

Kolejka się poruszyła i zmusiłam się, by się poruszyć z nią, i właśnie wtedy Logan odwrócił się i stał się widoczny przed ladą z jedzeniem w Chipotle.

Zobaczyłam go i mój świat się zawalił.

- Burrito. Wołowina – warknął – Pinto. Na wynos.

Gapiłam się nieruchomo.

Wyglądał dobrze.

Boże, Boże, wyglądał tak cholernie dobrze.

Wiedziałam. Wiedziałam, że tak dojrzeje. Odejdzie od słodkiego, ale szorstkiego młodzieńca z tą krawędzią – tą niebezpieczną krawędzią, która cię do niego przyciągała, bez względu na to, jak bardzo chciałaś się odsunąć – ale nie mogłaś tego powstrzymać, to przyciąganie było zbyt silne.

Wiedziałam, że przejdzie od tego do mężczyzny, który stał przed panią od tortilli w Chipotle, ubrany w swoją skórzaną kurtkę Chaosu.

Wysoki. Jego ciemne włosy srebrzyły się, były zbyt długie i zaniedbane.

Ramiona szerokie. Szczęka kwadratowa. Widziałam nawet z profilu, że skóra jego twarzy nie była już gładka, ale pofałdowana w taki sposób, że każda linia opowiadała historię, o której wiedziałaś, że była interesująca. Mocny nos. Wysokie kości policzkowe. Wąsy (również posrebrzane), które świadczyły o tym, że nie golił się od kilku dni, a może tygodni.

Piękny.

Taki piękny

I kiedyś był mój.

Potem pozwoliłam mu odejść.

Nie, odepchnęłam go.

Odwróciłam się i szybko przeszłam przez kolejkę, ale nie wydając dźwięku, nie mówiąc ani słowa.

Nie chciałam, żeby mnie usłyszał.

Wyjść, potrzebowałam wyjść.

Wyszłam. Praktycznie pobiegłam do samochodu. Wsiadłam i zatrzasnęłam drzwi.

Siedziałam tam z rękami unoszącymi się nad kierownicą,

Drżąca.

Zabieram tam dziewczyny.

Odstawię je do szkoły w poniedziałek.

Miał dzieci.

Kilkoro.

Dziewczyny.

To mnie uszczęśliwiło. Ekstatycznie. Wychodziłam z siebie z radości.

Podpisałem dokumenty. Wysłałem je.

Co to oznaczało?

Więc przyjadę po nie… Jak tylko będę mógł, jak tylko załatwię miejsce.

Pojadę i wezmę je?

On ich nie miał.

Podpisałem dokumenty.

O Boże, on brał rozwód.

Nie. Może właśnie go dostał.

Przyjadę i wezmę je…

Był ojcem.

Ale czy był wolny?

Rozłożyłam ręce, biorąc głęboki wdech.

To nie miało znaczenia. To nie była moja sprawa. Logan Judd nie był już moją sprawą. Przestał być moim dwadzieścia lat temu. Mój wybór. Pozwoliłam mu odejść.

I najwyraźniej tak się nie stało - dokąd zmierzał, dokąd zmierzał ten klub, nie działo się to, czego się spodziewałam.

Stał w kolejce w Chipotle, nie był uwięziony.

Nie widziałam go od stóp do głów ze wszystkich stron, ale z tego, co widziałam, nie miał żadnych blizn. Miał ten szorstki głos, więc najwyraźniej nie rzucił palenia, kiedy powinien (albo wcale nie powinien zaczynać). Ale wydawał się silny, wysoki, wysportowany.

Może miał brzuch piwny.

Ale biorąc pod uwagę to, w co się wtedy pakował, w co wtedy był zamieszany Chaos, spodziewałam się, że dwadzieścia lat później Logan będzie zupełnie inny i nie tylko nie będzie miał chrypiącego głosu, szorstkiej ale wciąż niezwykle atrakcyjnej twarzy, może raczej z-piwnym-bebechem-inny.

W najgorszym przypadku spodziewałam się, że nie będzie żył.

Prawie w najgorszym przypadku spodziewałam się, że będzie w więzieniu.

Wciąż prawie w najgorszym przypadku spodziewałem się, że popełnia przestępstwa, które ostatecznie doprowadzą go do jednego z tych dwóch.

Nie w Chipotle po burrito, rozmawiając z kimś przez telefon o odbiorze jego dzieci, zabraniu ich do mieszkania w górach i odwiezieniu ich do szkoły w poniedziałek.

To, czego się spodziewałam, to była jedna rzecz.

To, co zobaczyłam, było tym, na co miałam nadzieję.

Miałam nadzieję, że odnajdzie swoją drogę do szczęścia.

Uderzyła mnie ta myśl, że zamówił na wynos.

O Boże, musiałam się stamtąd wydostać. Nie byłoby dobrze, gdybym uciekła przed nim w środku tylko po to, żeby zobaczył mnie na zewnątrz w moim samochodzie, tak przerażoną, że się trzęsłam.

Nacisnęłam przycisk, aby uruchomić samochód, uważnie spojrzałam we wszystkie lusterka i sprawdziłam martwe punkty, zawróciłam i pojechałam do domu.

Nie miałam w domu nic do jedzenia poza koszem więdnącego młodego szpinaku i trochę rozdrobnionej marchewki.

To dlatego, że myślałam, że zakupy spożywcze są podobne do tortur. Robiłam je tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne, co zdarzało się rzadko, biorąc pod uwagę liczbę dostępnych opcji jedzenia w mojej okolicy.

Chociaż uwielbiałam gotować.

Po prostu nie robiłam tego często, bo nie cierpiałam kupować jedzenia, a poza tym gotowanie dla jednego zawsze przypominało mi, że właśnie taka jestem.

Samotna.

Pojedyncza. Miałam dobre intencje. Praktycznie codziennie myślałam, że zmienię się na różne sposoby.

Powiedzmy, poszłabym do sklepu spożywczego. Byłam jedną z tych kobiet, które wymyślały pyszne dania (nawet jeśli były tylko dla mnie), popijając wino w mojej bajecznej kuchni, słuchając Beethovena czy coś. Oczywiście zapaliłabym świeczki. I serwowałabym posiłek na wspaniałej porcelanie, traktując siebie jak księżniczkę (bo nie było nikogo innego, kto by to zrobił).

Potem popijałabym fantazyjną herbatę ziołową, schowana w moim przytulnym fotelu (świece wciąż by się paliły) czytając Dostojewskiego. Albo, jeśli miałabym ochotę, obejrzałabym w telewizji coś z klasą, na przykład Downton Abbey.

Nie to, co normalnie robiłam, to jadłam fast foody albo bombardowałam gotowy posiłek, moje drogie świece zbierały kurz, bo nie zapalałam ich od miesięcy i nie zawracałam sobie głowy nawet zabrudzeniem talerza. Robiłam to, gdy siedziałam i jadłam przed Sister Wives, True Tori lub czymś w tym rodzaju, zanurzając się w czyimś życiu, ponieważ każde było o wiele bardziej interesujące niż moje.

Potem szłam do łóżka.

Sama.

By obudzić się następnego ranka.

Sama.

I spędzić dzień myśląc o wszystkich sposobach, w jakie bym się zmieniła.

Jak to, że bym zaczęła chodzić na te spacery, które sobie obiecałam. Chodziła na te zajęcia pilatesu do tego studia na końcu ulicy, które wyglądało naprawdę fajnie i otworzyło się dwa lata temu (a mimo to ani razu nie postawiłam w nim nogi). Jazda w góry i wędrówka szlakiem. Zaglądanie do modnych sklepów na Broadwayu lub na Highlands Square i by spędzić dzień na włóczeniu się. Używanie tej wanny do stóp, którą kupiłam, ale nigdy nie wyjęłam z pudełka i by zrobić sobie luksusowy pedicure. Dzwonienie do przyjaciółek, żeby urządziły dziewczęcy wieczór, bym włożyła małą czarną (oczywiście po tym, jak ją kupię) i wybranie się do miasta, żeby napić się martini, Cosmopolitan, mojito, czy jakiegokolwiek teraz istniejącego fajnego drinka.

Kiedy zobaczyłabym mężczyznę, który patrzył na mnie, zamiast odwracać wzrok, uśmiechnąć się do niego. Być może porozmawiać z nim. Zdecydowanie odezwać się, jeśli by do mnie przemówił. Przyjąć zaproszenie na randkę, jeśli by poprosił. Pójść na tę randkę.

Może nie kładłabym się sama do łóżka.

Każdego dnia o tym myślałam. Nawet pisałam o tym w dzienniku (w dniach, kiedy namawiałam się do zmiany i byłam na tyle pozbierana, żeby prowadzić dziennik).

Ale nigdy tego nie zrobiłam.

Nic z tego.

Myślałam o tym wszystkim, jadąc do domu, potem na podjazd, z boku mojego domu, kiedy zaparkowałam na podwórku z tyłu, wysiadłam i weszłam do środka, zatrzymałam się w kuchni, uświadamiając sobie z tych wszystkich myśli coś przerażającego w najwyższym stopniu.

Utknęłam w koleinie.

Utknęłam w koleinie, która zaczęła się dwadzieścia lat temu na werandzie domu szeregowego, który dzieliłam z Loganem, i patrzyłam, jak odchodzi, bo go odesłałam.

Przejść przez ogień.

Te słowa mnie zaatakowały, a ból był zbyt intensywny, by go znieść. Musiałam podejść do mojego marmurowego blatu, pochylić się, aby oprzeć na nim łokcie i schować głowę w dłoniach.

Potem to wszystko przyszło i przeszyło mnie w taki sposób, że wydawało mi się, że moja głowa eksploduje.

Jak kochasz mężczyznę, Millie, wierzysz w niego, bierzesz go takim, jakim jest. Idziesz z nim w podróż bez względu na to, co się stanie, nawet jeśli oznacza to przejście przez ogień.

Jego głos nie był wtedy szorstki. Żadnego tarcia. Był głęboki. Był męski. Ale był gładki.

Z wyjątkiem sytuacji, gdy powiedział te słowa do mnie. Kiedy je wypowiadał, były szorstkie. Były niedowierzające. Były wściekłe.

Były zranione.

Przejść przez ogień.

Łzy nadeszły i niech to szlag, niech to szlag, powinny się zatrzymać lata temu.

Nie zrobiły tego.

Przychodziły i przychodziły, i przychodziły, aż się nimi zakrztusiłam.

Nie zrobiłam sałatki z więdnącym szpinakiem i resztkami startej marchewki. Nie usiadłam za biurko i nie wróciłam do pracy.

Wyciągnęłam telefon z torby, z trudem doczołgałam się do kanapy, opadłam na nią i zadzwoniłam do siostry.

Nawet nie mogłam mówić, kiedy odebrała.

Słyszała jednak szloch.

– Millie, co się, u licha, dzieje? - zapytała, brzmiąc na szaloną.

- Do-do-Dottie - wyjąkałem między bełkotami – Wi-wi-widziałam Logana w pie-pie-pieprzonym Chipotle.

Nie minęła nawet sekunda, zanim odpowiedziała - Zaraz będę. Dziesięć minut.

Potem była po dziesięciu minutach.

Opiekowała się mną, moja Dottie.

Z drugiej strony moja starsza siostra zawsze opiekowała się mną w sposób, o którym wiedziałam, że zawsze będzie.

Najgorsze było to, że nigdy nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy, które obiecałam, że zrobię.

Nigdy nie wyciągnęłam się z rutyny.

Nigdy nie walczyłam o swoją siłę.

Kiedy straciłam Logana, straciłam wszelką siłę, jaką mogłam mieć.

Bo był nią on.

On był moją opoką. On był moim oparciem. On zapewniał mi bezpieczeństwo. On sprawiał, że życie było właściwe.

Cholera, on sprawiał, że warto było żyć.

Potem odszedł, więc naprawdę nie miałam życia i zaczęłam żyć w połowie.

A może w jednej trzeciej.

Ewentualnie ćwiartką.

Prawdopodobnie jedną ósmą.

Innymi słowy, byłam taką siostrą, o którą zawsze trzeba było dbać.

Wiedziałam, że pewnego dnia powinnam się obudzić i to zmienić.

Wiedziałam to tak samo, jak wiedziałam, że nigdy tego nie zrobię.

 

CDN


#####

Niestety, w wyniku mojego zapracowania mogą Wam dawać tylko częściowe rozdziały w weekendy. Mam nadzieję na piątek - niedziela = trzy części w tygodniu.

Przepraszam

Monika


4 komentarze: