ROZDZIAŁ 24
Słyszysz?
(cz.2)
*****
High
High
zaparkował swojego pickupa i ruszył ciemną, opustoszałą uliczką.
Nie
miał przy sobie latarki. Minęło trochę czasu, ale znał drogę.
Cienie
przed nim poruszały się, ale on po prostu szedł w ich stronę.
Nie
było niespodzianką, że, kiedy się zbliżył, z ciemności wyłoniła się Shirleen.
To
było ich miejsce spotkań. To tam szli, kiedy zaczynało się dziać coś złego. To
tutaj otrzymał informacje, kiedy potrzebowała go, by ją chronił. To tutaj dawał
jej informacje, kiedy potrzebował tego dla siebie.
Nic
takiego nie miało miejsca od lat.
Więc
jej telefon do niego był niespodzianką.
A
nie dobrą.
Zatrzymał
się dwa kroki od niej i warknął - Mów do mnie.
Powiedziała.
I
zrobiła to, by warknąć - Nie spieprz tego.
–
Co? - przyciął.
-
Chłopcze, otrzymałeś odkupienie. Czy wiesz, jak ciężko jest czynić dobre
uczynki, gdy setki z nich nie zbliżają się do wymazania choćby jednego złego?
Nie odpowiadaj, bo wiem, że to wiesz. Jesteś na tej ścieżce. Nie zbaczaj.
Wyciągnął
rękę, wkurzony, zaskoczony i oszołomiony, a żadne z tego mu się nie podobało.
–
O czym ty, kurwa, mówisz? - zapytał.
-
Twoja kobieta została porwana. To nie jest dobre. Znaleziono ją bezpieczną.
Trzymaj się tego i zakop żar zemsty, żeby tego nie spieprzyć.
Zrozumiał
to.
A
to, co zrozumiał, sprawiło, że z wściekłego stał się wkurzony.
-
Trzymaj się z dala od tego gówna i trzymaj z daleka Nightingale’a. Teraz to
wszystko Chaos – ostrzegł.
Tak
było.
Mitch,
Chudy i Hawk przeszli do historii. Tack trzymał ich na sznurku, żeby się nie
czepiali, Rosalie wciąż w grze, więc o ile wiedzieli, Chaos trzymał ich gówno i
wszystko było jeszcze w drodze.
Ale
Tack wysłał Hound’a.
Więc
ostatecznie to wszystko byłoby zadanie Chaosu.
Shirleen
podeszła bliżej niego, a on się nie poruszył, wpatrując się w nią z góry.
-
To jest. Nie może być inaczej. Ale ty
tym kierujesz, High. Kierujesz nim tak, aby nagroda, którą otrzymałeś po
odzyskaniu kobiety, nie ucierpiała. Wiem, co się stało. Wiem, co zrobiła. Wiem,
dlaczego to zrobiła. Nie zmarnuj dziesięcioleci poświęceń.
Patrzył
jej w oczy przez ciemność, a potem podniósł wzrok i spojrzał ponad jej głową.
Odsunęła
się, mrucząc - Rozumiesz mnie.
Spojrzał
na nią ponownie - To, co uczynił, nie może się ostać.
-
Nie… A sto dobrych uczynków nie wymazuje jednego złego. Masz dość zła, High.
Oboje mamy. Jak go powalisz, wyprostujesz to gówno. Nigdy nie będziesz miał
złotej duszy, ale twoja kobieta ją ma. Nie niszcz tego.
Zacisnął
zęby, czując, jak mięsień podskakuje mu w szczęce.
-
Nie zdziwię się, jeśli wiesz, że boi się jak cholera tego, co zamierzasz zrobić
– poinformowała go – Nie zdziwię cię, jak powiem, że nie jest jedyna. Wasze
kobiety posiadły sztukę stania u boku swoich mężczyzn. Twoim zadaniem jest
sprawić, by ten wysiłek był tego wart.
Boże,
ta kobieta była cholernie irytująca, kiedy miała rację.
-
Skończyłaś? - zgrzytnął.
-
Dotarło? - strzeliła z powrotem.
Nic
nie powiedział.
Wpatrywała
się w niego.
Potem
wyszeptała – Dotarło.
–
Skończyłem – odpowiedział.
Nic
nie powiedziała.
Odwrócił
się i zaczął odchodzić.
Wołała
za nim, gdy szedł.
-
Kiedy nie miałam nic, miałam ciebie. Nigdy tego nie zapomnę, High, i masz moją
miłość do mojego ostatniego tchnienia za to, że mi to dałeś. Chcę dla ciebie
wszystkiego. Teraz to masz. Musisz tylko zrobić jedną rzecz. Trzymaj się zwarty.
Był
wkurzony, zmarznięty, poza Denver, co oznaczało daleko od Millie i miał czarną
kobietę, która dyrygowała nim w ciemnościach.
Nie
chciał jej niczego dawać.
Nie
mógł tego zrobić.
Ponieważ
ona też miała jego miłość.
Zrobił
więc to, co musiał.
Szedł
dalej, ale zrobił to, podnosząc rękę i machając nią.
*****
Otworzył
drzwi, wszedł do domu, usłyszał dźwięk alarmu, ale zatrzymał się jak wryty.
Kuchnia
była katastrofą.
A
Millie stała przy kuchence.
–
Nie panikuj – poleciła, nie odwracając się, by na niego spojrzeć - Rzeczy nie
idą dobrze, a kiedy dowiesz się, co robię, od razu wyjdziesz i pojedziesz
Chipotle. Ale chcę, żebyś był ze mną cierpliwy, bo, kiedy zaczęłam to robić,
doszłam do wniosku, że to będzie nie z tego świata.
Zamknął
drzwi, przekręcił klucz i zwrócił się do panelu alarmowego w samą porę, by
wpisać kod, zanim wysłałby sygnał do dyspozytora.
Potem
przeszedł przez kuchnię, widząc resztki warzyw, miski wypełnione kupą gówna
wyglądającego na zdrowe, opakowania i wrapy rozrzucone wszędzie, coś, co
wyglądało jak mokry, podarty papier odrzucony na bok i kieliszek wina, który
widział rozlany, więc na blacie były plamy.
Zatrzymał
się za Millie i zobaczył bulgotanie w trzech garnkach, kuchenkę pochlapaną, poplamioną
i nią pochyloną nad patelnią z gotującą się wodą, w której była również kartka
papieru, którą szturchała szczypcami.
Musiała
go wyczuć, bo powiedziała, jakby była skoncentrowana na czymś innym, nie odwracając
się do niego - Muszę tylko wsadzić jednego
z tych skurwysynów do wody i wyciągnąć go w jednym kawałku, żebyśmy mogli go wypchać
i może w końcu będzie kolacja.
-
Co to, kurwa, jest? - zapytał.
Zerknęła
na niego przez ramię, a potem z powrotem na patelnię.
-
To papier ryżowy.
-
Co?
–
Papier ryżowy – powtórzyła z
irytacją, ostrożnie chwyciła brzeg, zaczęła wyciągać go z wody, wyciągnęła
drugą rękę, by chwycić ją opuszkami palców, i rzecz rozerwała się na środku - Skurwysynie! - wrzasnęła, unosząc papier
w szczypcach i rzucając go w kierunku blatu, gdzie roztrzaskał się o kilka
innych tego rodzaju i tam został.
Natychmiast
sięgnęła po paczkę i wyjęła z niej okrągłą, cienką, białą rzecz, którą
ostrożnie wsunęła do wody.
–
Kotku – zawołał przez jej ramię.
-
Co? - zapytała, szturchając nowy kawałek szczypcami.
-
Co jest na kolację? - zapytał.
-
Domowe sajgonki - powiedziała do wody.
Wpatrywał
się w jej profil.
Był
skupiony i zdeterminowany.
Odszedł
powolnym krokiem.
Równie
wolno odwrócił głowę i rozejrzał się po kuchni.
Nie
pracowała.
Gotowała.
W
kuchni nie było porządku.
To
był totalny, cholerny bałagan.
Spojrzał
na nią.
Nie
miała na sobie szpilek, obcisłego swetra i obcisłej spódnicy – seksownej, ale z
klasą.
Miała
na sobie luźne spodnie, które opinały jej tyłek, dziewczęce kapcie i miała na
sobie cienki sweter.
Jej
włosy były ułożone wysoko na głowie. Nie były ułożone starannie. Była
niechlujna i urocza, loki wymykały się jej na szyję i policzki.
–
Kotku – zawołał.
–
Poczekaj – powiedziała.
-
Millie.
–
Poczekaj – powtórzyła, a on zobaczył, jak znów próbuje wyjąć papier z patelni.
-
Alleluja! - zawołała, obracając się w jego stronę, a woda z nienaruszonego
papieru kapała na podłogę między szczypcami i palcami.
W
chwili, gdy się zatrzymała, rozerwało się na środku.
Spojrzała
na nią i krzyknęła - Cholera!
High
wybuchnął śmiechem.
–
To nie jest śmieszne, Low. To już moje siódme
podejście! Nigdy nie będziemy jeść w takim tempie.
Wciąż
się śmiał, nawet gdy oświadczył - Nigdy cię nie stracę.
Jej
głowa szarpnęła się, a on wciąż się śmiał, bo wciąż trzymała porwany papier w
dłoni, wyglądając uroczo, kiedy jej sweter z przodu był nisko wycięty, a to był
widok, który mu się podobał, gdy zapytała - Co?
-
Nigdy, kochanie, przenigdy. Nigdy cię nie stracę. Nigdy nie zrobię gówna, żeby
w jakiś sposób odebrano mi to, co odzyskałem. Nigdy nie zrobię gówna, żeby to
nie było tego warte, wszystko, co mi dałaś. Nie mam zamiaru tam wracać. Tamta
ścieżka od początku nie wydawała się właściwa. Z tobą u mego boku tamto wszystko
było złe.
-
Low - szepnęła.
Od
stóp do głów widział to wypisane na niej.
Zrozumiała
go.
Więc,
wciąż chichocząc, zbliżył się do niej i wziął ją (i papier) w ramiona.
Był
mokry przy jego klatce piersiowej.
Nie
obchodziło go to.
–
Przestań się martwić – rozkazał.
Spojrzała
na niego.
Puścił
ją jedną ręką, by wyjął z jej rąk papier i szczypce i odrzucił je na bok.
Szczypce
zabrzęczały.
Papier
się rozprysnął.
Po
prostu otoczył ją ramieniem.
Jego
Millie.
Jego
dziewczyna.
Jedyna
kobieta, jaką kiedykolwiek kochał, jedyna kobieta, którą będzie kochał.
Brał
ją, dbającą o porządek, myjącą nocą jej kieliszek po winie, kupującą koty,
które pasowały do jej domu.
I
wziąłby ją będącą taką, jak była, gotującą gówna, którego prawdopodobnie nie
chciał jeść i będącą wkurzoną, jak cholera i robiącą to w kuchni, która była
katastrofą.
Weźmie
ją, jakkolwiek przyjdzie.
Wziąłby
od niej wszystko.
Nie
zrobiłby czegoś, przez co mógłby ją stracić.
-
Wszedłem na imprezę i zakochałem się w tobie. Przeszedłem przez ogień, kiedy
cię straciłem. Mam cię z powrotem. Nic, Millie, nic nie sprawi, że cię stracę.
Słyszysz?
Jej
oczy były ciepłe, ale jej pytanie było pełne wahania – Czy ktoś… powiedział ci coś?
Powiedzieli.
Nie
musiała tego wiedzieć.
–
Bracia zrobią to dobrze – powiedział jej.
Zrobiliby,
skoro zamienił słowo z Tackiem.
Przyjrzała
mu się uważnie, nie spiesząc się, a potem rozluźniła się w jego ramionach.
–
Dobrze, Low – powiedziała cicho.
-
Nie będę też jadł pieprzonych sajgonek - powiedział jej.
Lekko
wstrząsnęła się w jego ramionach, zanim jej brwi się złączyły.
–
To jest tylko częściowo zdrowe, Logan. Reszta to mięso i sos.
-
Nienawidzę sajgonek.
Jej
brwi pozostały ściągnięte - Nie da się ich nienawidzić. Wszystko w nich jest
dobre.
Spojrzał
w bok, a potem na nią - Kiełki?
-
To tylko woda. Nawet nie zmienią smaku.
-
Pieprzenie.
-
Logan…
-
Wyłącz to wszystko. Posprzątamy później. Teraz jestem głodny. Jedziemy do
Chipotle.
-
Logan! - warknęła - Gotuję od godziny.
-
Zjedz to na lunch – odpowiedział.
-
Musisz jeść zdrowiej – oświadczyła - Oboje musimy.
-
Dlaczego?
-
Bo to jest dobre dla ciebie i masz uczyć swoje córki dobrych nawyków.
-
Myślę, że Deb to załatwia, kotku.
Zamknęła
buzię.
Miał
ją.
Puścił
ją, ale złapał ją za rękę i pociągnął w stronę drzwi – Masz jakieś tenisówki
czy coś do wciągnięcia?
-
Czy ja wyglądam na kobietę, która ma tenisówki?
Zatrzymał
się i spojrzał na nią z góry - Chcesz być zdrowa, a nie masz tenisówek?
Spojrzała
na ścianę.
Miał
ją też z tym.
Znowu
zaczął się śmiać.
Odwróciła
się do niego, ale tylko po to, by się spiorunować.
-
Kotku, weź sobie buty – zażądał.
–
Idź do Chipotle. Chcę sajgonki – odpowiedziała.
–
Włóż buty – powtórzył.
-
Poważnie, Low. To może być katastrofa, ale może też być naprawdę dobre –
odrzekła.
Przyciągnął
ją do siebie, zginając szyję, by zbliżyć swoją twarz do jej.
-
Weź sobie buty.
-
To jest ta apodyktyczna część, której nie lubię – oznajmiła.
Cofnął
się i uniósł brwi – Wyślesz swojego faceta samego na mróz po kolację?
-
A to jest dotychczas niewymieniona manipulacja gorącego motocyklisty, której
nie lubię.
Znowu
zaczął się śmiać.
–
Na szczęście dla ciebie, to lubię – powiedziała, kiedy to robił.
-
Co? – zapytał, wciąż się śmiejąc.
-
Śmiejesz się.
Przestał.
Wtedy
sobie przypomniał.
A
jak już sobie przypomniał, coś z tym zrobił.
Bo
wrócił do domu, ale nie przywitał się odpowiednio z kobietą.
Więc
mocno pociągnął ją za rękę, poczuł, jak jej ciało uderzyło w jego i dopilnował
tego.
Kiedy
skończył, walczył ciężko ze sobą i musiał to robić dalej, kiedy zobaczył jej
oszołomioną twarz.
-
Wyłącz to gówno, mała, włóż buty. Chodźmy na kolację. Słyszysz?
-
Słyszę - wyszeptała. Potem spojrzała mu w oczy i coś wpłynęło do nich, co wraz
z nagłym napięciem jej ciała sprawiło, że się naprężył, zanim powiedziała –
Znalazłam terapeutę. Porozmawiam z nią o tym, co stało się z Valenzuelą.
-
Daj mi znać, kiedy to gówno ma się odbyć – stwierdził natychmiast - Podwiozę
cię.
Odprężyła
się w jego ramionach.
Znowu
się zacisnęła, kiedy zaczął oświadczać - Musisz wiedzieć, że się przeprowadzamy
i zrobimy to wkrótce.
-
Przeprowadzamy? - zapytała.
-
Twoi sąsiedzi są do bani.
Opowiedział
jej, że jej sąsiad był świadkiem porwania i nic z tym nie zrobił.
Kiedy
więc to powiedział, ponownie się rozluźniła i dodała uśmiech.
–
Polowanie na dom – mruknęła - Ubaw.
Jeśli
tak myślała, była szalona.
Nie
podzielał tego głównie dlatego, że stanęła na palcach, dotknęła ustami jego
ust, a potem wyrwała się z jego ramion, by zrobić to, o co prosił.
Aby
mogli zjeść to na ciepło, zjedli swoje burrito w Chipotle.
Na
zewnątrz było zimno.
Ale
najlepszymi, jakie mogła zdobyć, były klapki.
To
było urocze.
To
była Millie.
I
to spowodowało, że się śmiał.
Moniko jesteś super ❤️❤️❤️
OdpowiedzUsuń