Wreszcie (cz.1)
Millie
Siedziałam
z tyłu taksówki, wyczerpana nie do pojęcia, z telefonem przy uchu.
–
Nie, wszystko w porządku, Dot – powiedziałam siostrze, co było całkowitym i wierutnym
kłamstwem, ponieważ podróże i jetlag dawały mi kopa w tyłek - Czy mój samochód
jest u mnie w domu?
-
Alan i ja zabraliśmy go tam wczoraj, kochanie. Poza tym trochę tam uprzątnęłam
– powiedziała ostrożnie, przekazując mi informacje i robiąc to, nie chcąc mi
przypominać, dlaczego moje miejsce zostało tak, jak zostało – Ale czy uważasz,
że powinnaś tam zostać? - zapytała, po czym zasugerowała - Może powinnaś zostać
tu.
Chciałam
zostać z siostrą, Alanem i dziećmi tak długo, jak tylko mogłabym zostać z nimi,
bo zamierzałam jak najszybciej przeprowadzić się do Arizony i nie byłabym w
stanie ich zobaczyć, kiedy chciałabym je zobaczyć.
Ale
byłam padnięta, a to i potrzeba snu i wolnej przestrzeni, aby robić to, co
musiałam zrobić, nie sprzyjały posiadaniu w domu dwójki dzieci w wieku poniżej
dziesięciu lat.
–
Prześpię się u siebie – powiedziałam jej – I nic mi nie będzie – zapewniłam
pospiesznie, mając nadzieję, że mi uwierzy, nawet wiedząc, że nie zrobi tego - Muszę
tylko zebrać myśli, zacząć zbierać inne rzeczy, a może jutro wieczorem będę
mogła przyjechać i zostać z wami?
-
Możesz zostać z nami w każdej chwili, wiesz o tym – odpowiedziała.
Wiedziałam.
I
zostałabym.
Tak
długo, jak zajęłoby mi uporządkowanie spraw w pracy, wystawienie domu na
sprzedaż i wydostanie się z Denver.
-
Racja - powiedziałam - Jestem prawie w domu. Kiedy tam dotrę, od razu idę do
łóżka. Kiedy będę mogła trzeźwo myśleć, zadzwonię do ciebie i zaplanujemy. Okej?
-
Okej, Mill. Czegokolwiek potrzebujesz.
Tak
zawsze mówiła Dottie.
Cokolwiek
potrzebowałam.
I
prawie dwa tygodnie temu, po tym, jak jechałam jak szalona, żeby wrócić do domu
po tym, co stało się w The Roll, pakując się jak szalona, łapiąc tylko to, czego
potrzebowałam, wszystko po to, żeby się stamtąd wydostać i to szybko, gdyby
Logan zwariowałby i poszedł za mną, znowu właśnie to zrobiła.
Dała
mi to, czego potrzebowałam.
Obudziłam
ich, kiedy dotarłam do ich domu. Potem bredziłam i wrzeszczałam, pozwalając,
żeby to wszystko wypłynęło, od tego, co wydarzyło się w kamperze Logana, po
Hop’a śpiewającego „Far Behind” i całą resztę.
Kiedy
tego słuchał, Alan, dobry człowiek, dobry mąż, facet, który kochał swoją żonę
jak szalony i kochał też jej siostrę, trzymał się w ryzach. Wiedziałam, że był
bliski utraty opanowania. Taki oszalały z wściekłości ścigający Logana i dający
z siebie wszystko, by go skopać (co byłoby interesującym scenariuszem, bo Alan
był twardzielem, więc byłoby to bliskie dopasowanie, chociaż podejrzewałam, że
Logan nie walczyłby czysto).
Ale
nie stracił tego, ponieważ w tym momencie musiał być ze mną i robić wszystko,
co w jego mocy, aby pomóc swojej kobiecie pomóc jej siostrze.
I
to zrobił.
Dottie
jak zwykle trzymała wszystko w kupie i połączyła się z Internetem, żeby mnie
osłaniać.
Pozwalała
mi też pożyczać rzeczy do zabrania ze sobą. Po załatwieniu sprawy, co u Dottie
nie trwało długo, wsiedliśmy do samochodu i zabrała mnie na lotnisko.
Zajęło
to wieki, ale w końcu wylądowałam we Francji. A potem miałam pierwsze wakacje
od… zawsze… w pierwszym tygodniu
swobodnie komunikując się z Claire, Justine, Dottie i różnymi klientami. Zrobiłam
to z dziewczynami, żeby miały moją pracę (wymagało to, żeby wszystkie się
włączyły… i wszystkie to zrobiły, kochałam
moje dziewczyny i byłam im bardzo wdzięczna).
Zadzwoniłam
też do moich rodziców w Arizonie i wyjaśniłam to.
Potem
znalazłam agenta nieruchomości.
Na
koniec odbyłam kilka dogłębnych rozmów z Claire, która była ze mną od dłuższego
czasu, która wiedziała, co robi i demonstrowała to wielokrotnie przez lata, ale
robiła to teraz bardziej, ukrywając moje gówno, podczas gdy ja wystartowałam do
innego kraju i przeżyłam mini załamanie nerwowe.
Rozważała
wykupienie mnie. Zajęłoby jej to lata.
Będzie
musiała to robić na raty. I nie bardzo jej się ten pomysł spodobał. Lubiła ze
mną pracować i właściwie wolała być asystentką, a nie bólem głowy związanym z
byciem szefową.
Wiedziała
jednak, że była dobra w tym, co robi, klienci ją znali i ufali jej, potrafiła
sprawić, by Cross Events funkcjonował i odnosił sukcesy, a jako szefowa mogłaby
zarobić o wiele więcej.
Więc
rozważała to.
To
było wszystko, co udało mi się zrobić podczas mojej nieobecności, częściowo
dlatego, że znajdowałam się w innej strefie czasowej na innym kontynencie, więc
niewiele więcej mogłam zrobić.
Ale
głównie dlatego, że byłam na swoich pierwszych w życiu wakacjach… od zawsze… i byłam w Paryżu.
A
byłam w Paryżu w idealnym momencie, bo był listopad, to miejsce nie było
oblegane przez turystów, a w mieście rzeczywiście byli Paryżanie (Paryżanie,
jak mi powiedziano, robili co mogli, żeby wystartować, kiedy miejsce było
oblegane przez turystów). Dlatego zdecydowałam, że moje doświadczenie jest
bardziej autentyczne.
Było
chłodno, ale to było niesamowite. Tak pięknie, że wydawało się prawie nierealne.
Więc
zjadłam. Piłam. Wędrowałam. Robiłam zakupy. Wsiadałam do autokarów, jeździłam,
robiłam zdjęcia i słuchałam niezbyt dobrych kaset opowiadających o tym, jak
jest. Wyjechałam z miasta i zobaczyłam Wersal. Siedziałam w spektakularnych
ogrodach i obserwowałam ludzi. Mówiłam łamanym francuskim do Francuzów, którzy
byli o wiele przyjaźniejsi, niż się spodziewałam.
Zamierzałam
spędzić tam dwa pełne tygodnie, ale w końcu przyszło mi do głowy, że tracę pieniądze
na ucieczkę/załamanie w Paryżu, kiedy moja przyszłość była niepewna. Dlatego
skróciłam wizytę o dwa dni, co wymagało różnych zmian w lotach, co nie było najwspanialsze.
Ale
dowiozło mnie to do domu.
I
dostałam to, czego potrzebowałam z Paryża.
Pogodziłam
się z tym, co zostało z mojego życia.
I
pogodziłam się z tym, że nie zostałam pokonana.
Byłam
zła.
Dwadzieścia
lat temu zerwałam z Loganem. Tak, byliśmy zakochani, głęboko zakochani. Tak, byliśmy szczęśliwi. Tak, mieliśmy to
wszystko.
Bo
ja dałam mu wszystko.
Jasne,
oddał mi, ale byłam najlepszą starszą panią na świecie.
Keely
absolutnie uwielbiała Blacka, była niezłą starszą panią, ale ja byłam nawet
lepsza od niej.
I
byłam zdecydowanie lepsza od Naomi, która, szczerze mówiąc, była w większości
suką (więc cieszyłam się, że Tack poszedł dalej, chociaż nie przyznałam się do
tego, ponieważ byłam też wkurzona na Tacka i jego nową kobietę).
A
co najważniejsze, skończyłam to dla niego.
Dla
Logana.
Logan
tego nie wiedział, ale ja tak, do diabła.
To,
czego nie zrobiłam, to go nie zdradziłam. Nie okradłam go. Nie dźgnęłam go
nożem, kiedy spał, bo nie kupił mi bransoletki z brylantami, którą chciałam (bo
nie chciałam żadnej bransoletki z brylantami, tylko jego). Nie spaliłam domu w
przypływie złości, żeby dać mu do zrozumienia, że nie zmywał naczyń.
Byliśmy
razem.
Zerwaliśmy.
Dwadzieścia lat temu.
Ludzie
cały czas się rozstawali!
Musiał
dojść do siebie.
Ale
musiałby to zrobić beze mnie.
Myślał,
że musiałam zapłacić? Cóż, może miał rację, a ja wiedziałam, że nie wiedział (i
nie zamierzałam mu powiedzieć, nigdy), więc będąc mężczyzną, jakim był, tak by myślał.
I
zapłaciłam.
Teraz
skończyłam.
Nigdy
więcej.
Miałem
nadzieję, że przekazałam to jemu i reszcie tamtej okropnej nocy w The Roll.
Rozmawiałam też z Kellie, a ona powiedziała mi, co im powiedziała, więc jeśli
im tego nie przekazałam, miałam nadzieję, że to, co powiedziała, zadziałało.
Ale
to nie miało znaczenia. Obrałam kurs i nadszedł czas na ogromne zmiany. Nowe
życie z dala od jakiejkolwiek możliwości zobaczenia Logana w moim domu, jego
ludzi mieszających w moim życiu, a nawet zobaczenia go w Chipotle zamawiającego
burrito.
Miałam
tylko nadzieję, że uda mi się uniknąć czegoś takiego, zanim będę mogła się stąd
wydostać. Było dużo do zrobienia. Pewnie zajęłoby to tygodnie.
W
tym czasie, po załatwieniu wstępnych spraw, miałam zatrzymać się u Dottie i
Alana. Stamtąd też mogłam pracować, chyba że musiałabym spotkać się z klientem,
co oznaczało pójście do mojego studia. A mieszkanie u Dot i Alana, miałam
nadzieję, oznaczałoby, że Logan nie mógłby ze mną zadzierać.
Ale
gdyby coś się stało, gdyby któryś z nich zrobił choć jedną rzecz, dzwoniłem po
gliny.
Pieprzyć
ich.
Wszystkich.
Zwłaszcza
Logana.
Był
dla mnie martwy.
Cały
Chaos był.
Musiał
być, żebym mogła sobie poradzić z tym, co zostało z mojego życia.
Właśnie
to zamierzałam zrobić (po tym, jak spałabym przez trzy dni), kiedy taksówka
wysadziła mnie za moim domem. Kierowca wyjął mój bagaż z bagażnika i włożył go do
domu tylnymi drzwiami. Dałam mu dobry napiwek. Uśmiechnął się, a ja nie
patrzyłam, jak wsiadł do taksówki i odjeżdżał.
Wiedziałam,
że Dot przyszła rozgrzać piec, ogarnąć tu, oddać samochód i upewnić się, że miałam
coś do jedzenia.
Więc
wszystko, co musiałam zrobić, to zdjąć ubranie i położyć się do łóżka.
Co
zamierzałam zrobić.
Zamknęłam
za sobą drzwi i poszłam do salonu, zsuwając torebkę z ramienia, by rzucić ją na
kanapę, a moje kroki skierowałam w stronę łóżka.
-
Millicent Anna Cross.
Zamarłam,
jakby moje ciało zostało pokryte lodem, kiedy usłyszałam głos, który nie
powinien dobiegać do mnie z mojego salonu. Spojrzałam i zobaczyłam mężczyznę
siedzącego w moim przytulnym fotelu, twarzą do mnie, dwóch mężczyzn stojących
za nim.
Nigdy
wcześniej go nie widziałam.
Był
dobrze ubrany. Hiszpan. Przystojny. I wydawał się wyluzowany.
Ale
wystraszył mnie jak cholera, bo go nie znałam, on znał mnie i był w moim salonie!
Napięłam
się, żeby uciec, ale zatrzymałam się, gdy moja głowa wystrzeliła w bok, kiedy
poczułam tam ruch.
Zbliżał
się kolejny mężczyzna.
I
trzymał pistolet wycelowany we mnie.
Poczułam,
jak krew odpłynęła mi z twarzy, a moje oczy wbrew mojej woli powędrowały z
powrotem do mężczyzny siedzącego w moim wygodnym fotelu, bo uważałam, że warto
mieć oko na faceta z bronią.
Ale
mężczyzna na moim fotelu znów się odezwał i wydawał się typem faceta, który
lubi zwracać na siebie uwagę, kiedy mówił. Wydawał się też typem faceta,
którego się nie wkurza, biorąc pod uwagę, że nie miał nic przeciwko włamywaniu
się do domu kobiety ze swoimi sługusami, z których jeden wycelował w nią
pistolet.
–
Oczywiście powinnaś wiedzieć, kim jestem – stwierdził - Jestem Benito
Valenzuela. Może twój mężczyzna o mnie wspomniał.
Gapiłam
się na niego, walcząc z drżeniem ciała, tak byłam bardzo świadoma tego, że
wycelowana we mnie była prawdziwa broń i przerażający ludzie, których nie znałam,
byli w moim salonie, że obie te rzeczy wydawały się fizycznymi dotykami
ślizgającymi się po mojej skórze, sprawiając, że walka bym przestała się trząść,
była niezwykle trudna.
-
Wspominał? – zapytał mężczyzna.
Gapiłam
się i robiłam to przez chwilę, zanim dotarło do mnie, że zadał mi pytanie.
-
Przepraszam? - wychrypiałam - Kto miał co?
-
Czy High o mnie wspomniał?
O
kurwa.
Kurwa, kurwa, KURWA!
Ten
facet był tu z powodu Chaosu.
Ten
człowiek był w moim domu ze swoimi sługami, z których jeden celował we mnie z
pistoletu z powodu High’a.
Wtedy
poniewczasie zobaczyłam skrzynkę stojącą obok mojego fotela.
Skrzynia,
o której myślałam, że zaginęła.
Skrzynia
ze zdjęciami, nad którymi płakałam.
Aż
do dwóch tygodni temu.
Teraz,
jak zły los, wróciła.
Ale
teraz wiedziałam, że ten człowiek ją zabrał.
Co
oznaczało, że miał oko na mój dom. Kiedy przychodził High. Kiedy High wychodził.
Zdjęcia High’a i mnie w tej skrzyni.
Miał
błędne wyobrażenie.
O
kurwa.
Kurwa, kurwa, KURWA!
–
Widzę, że nie – mruknął mężczyzna, a moja uwaga ponownie skupiła się na nim - Chaos.
Jedyną rzeczą, na którą się zgadzamy, jest trzymanie babek z dala od naszego
biznesu.
Poczułam,
że moje usta wysychają.
Przechylił
głowę na bok - Pochłonęłaś wiele zasobów.
–
Ja… co? – spytałam, kiedy nic więcej nie powiedział.
-
Człowiek czeka na ciebie na lotnisku - powiedział mi - Dwa tygodnie. To dużo
roboczogodzin.
Więcej
zimna przemknęło przez moją skórę.
Dlaczego
miałby to zrobić?
-
Słabe ogniwo - powiedział miękko, coś w jego oczach się zmieniło i nie lubiłam niego
ani tej sytuacji wcześniej, ale ta zmiana sprawiła, że polubiłam ją jeszcze
mniej - Z Arlo na zachodzie i pogarszającą się tu sytuacją, musiałem znaleźć
słabe ogniwo. Takiego z gorącą głową. Takiego, kto rozumie, jak się gra.
Ostatni bastion utraconego imperium. Takiego, którego mógłbym popchnąć, by
wprawić wszystko w ruch - Podniósł palec, pomachał nim w górę i w dół w moją
stronę i wyszeptał – Szturcham.
–
Nie wiem… – Szybko odchrząknęłam, gdy słowa wyszły z siebie zdławione - Nie
wiem, co myślisz, ale nie mam nic wspólnego z Chaosem.
Potrząsnął
głową, poruszył ręką, postukał w górną część skrzyni obok siebie i powiedział -
High Judd pieprzył cię na biurku w tym ładnym małym domku na tyłach, a to mówi
coś innego.
O
Boże!
-
Oglądałeś? - sapnęłam.
Ponownie
potrząsnął głową - Nie ja, przegapiłem ten pokaz. Ale słyszałem, że był dobry.
O
Boże!
Teraz
byłam przerażona i upokorzona.
-
Teraz - ciągnął - czekałem trochę czasu na twój powrót i wolałbym nie czekać
dłużej. Jesteś w domu, więc możesz przekazać moją wiadomość.
Ponieważ
przekazanie wiadomości zwykle wiązało się z możliwością jej wykonania, dało mi
to nadzieję, że być może ten scenariusz nie zakończy się tak, jak się tego
obawiałam. Innymi słowy, kulminacją na różne okropne, poniżające, bolesne i
prawdopodobnie śmiertelne sposoby.
Dlatego
szybko zapytałam - Jaka wiadomość?
Patrząc
na mnie powoli wstał.
Sprężyłam
się i robiąc to, bałam się, że moje ciało rozpadnie się na kawałki, kiedy moja
uwaga skupiła się na nim.
Doświadczałam
tego uczucia o wiele za długo, kiedy po prostu tam stał, wpatrując się we mnie.
Kiedy
myślałam, że zacznę krzyczeć, powiedział jedno słowo.
-
Szturcham.
Potem,
mówiąc to, posłał mi dziwny, przerażający uśmiech, spojrzał na mężczyzn w
pokoju, potrząsnął głową i wszyscy poszli do mojego korytarza i zniknęli.
Słyszałam,
jak drzwi frontowe otwierały się i zamykały.
Stałam
jak sparaliżowana, oddychając chrapliwie, rozdarta pomiędzy ucieczką w drugą
stronę a biegiem w ich stronę, by upewnić się, że odeszli.
Słyszałam,
jak samochód odpalił na zewnątrz i słyszałam też, jak odjeżdżał.
Kiedy
już tego nie słyszałam, ruszyłam się.
Zrobiłam
to szybko i bez zastanowienia.
Moje
ruchy zaprowadziły mnie do szuflady w kuchni, w której znajdowały się różne
rzeczy, wszystkie skrupulatnie poukładane na tacach.
Chwyciłam
kluczyki do samochodu i wybiegłam tylnymi drzwiami.
Nie
zamknęłam ich.
Pobiegłam
do samochodu, wsiadłam, rzuciłam torebkę na siedzenie pasażera, odpaliłam,
zawróciłam SUV-em na moim podwórku i ruszyłam w dół podjazdu.
Następnie
wybrałam się w podróż, której nie odbyłam od dwudziestu lat.
Pojechałam
na Broadway, w dół Broadwayu, bezpośrednio do Ride Auto Supply.
Bezpośrednio
do Chaosu.
Zatrzymałam
się, zjechałam z boku sklepu i zobaczyłam duży warsztat z tyłu, w którym
montowali swoje motocykle i samochody. Skierowałam się na ogromny dziedziniec warsztatu,
skręciłam w lewo i zaparkowałam przed długim budynkiem, który ciągnął się przez
całą przestrzeń od tyłu sklepu do końca ich posiadłości.
Kompleks
Chaosu.
Zaparkowałam,
wysiadłam i pobiegłam do Kompleksu.
Zatrzymałam
się w poślizgu w miejscu, które znałam jak własną kieszeń, którego nie widziałam
od dziesięcioleci, a przy odrobinie uwagi zauważyłam, że nie zmieniło się ani
trochę.
Wpadłam
w poślizg i zatrzymałam się na zakręcie baru biegnącego wzdłuż frontu sali.
Tam
zobaczyłam Big Petey’a na stołku i widząc mężczyznę, na którym kiedyś bardzo mi
zależało, nie mogłam tego przeboleć.
Więc
spojrzałam za barem na przystojnego, młodego blondyna, którego nie znałam i
warknęłam - Kto jest waszym prezesem?
Trzymałam
się włosa. Byłam wyczerpana podróżami, moje ciało znajdowało się w innej
strefie czasowej, a mój dom napadł mężczyzna, o którym wiedziałam, że to
najgorsza wiadomość, jaka mogła być.
-
Co mówisz? – zapytał blondyn.
–
Millie… – zaczął Pete i wyczułam, że schodzi ze swojego stołka.
Uniosłam
rękę, wyciągając dłoń w jego stronę, nie odwracając wzroku od blondyna, ale
oświadczając Pete’owi - Ty nie istniejesz - Potem użyłam ręki, by dźgnąć w blondyna
palcem i zażądałam - Ty. Powiedz mi natychmiast. Kto jest waszym prezesem?
Blondyn
nie wyglądał na zadowolonego, że jakaś dziwna kobieta na niego szczeka, ale nie
dbałam o to ani pieprzonej drobiny. Stałam tam i wykrzykiwałam moje pytanie, aż
ochrypłam, aby uzyskać odpowiedź.
Blondyn
otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kiedy usłyszałam za sobą - Ja jestem.
Słysząc
szorstki głos, który znałam aż za dobrze, odwróciłam się i patrzyłam, jak Tack
wkroczył do Kompleksu.
Przejął
władzę.
Jego
strona wygrała.
A
Logan nadal był Chaosem.
Nie
zaskoczyło mnie to w najmniejszym stopniu.
Podsumowując,
bez względu na to, kto trzymał berło, Logan byłby Chaosem.
Był
tym, kim był.
To
było wszystko, czym był.
To
przefiltrowało się przeze mnie, ale mimo to nie straciłam kontroli nad moją
misją.
Odwróciłam
się do Tacka.
–
Masz tą jedną szansę – oświadczyłam - To się powtórzy i, jeśli to przeżyję, idę
prosto na policję. Wiem, że Chaos nie lubi gliniarzy i to jest… ostatni… ukłon… szacunku, jaki składam Klubowi. Jak to się powtórzy, nie będzie
mnie obchodziło, czy to pogrąży bractwo. Idę na policję.
Tack
nie oderwał ode mnie wzroku, kiedy rozkazał - Snap, sprowadź High’a. Teraz.
-
Nie! - Krzyknęłam, kiedy panika wdarła się do środka, odparłam ją i spojrzałam
w stronę baru, by zobaczyć, jak blondyn porusza się wzdłuż niego.
-
Nie ruszaj się! - zawołałam - Tu nie chodzi o High’a. Nie chcę widzieć High’a.
-
Idź - rozkazał Tack - Szybko.
Blondyn
wybiegł.
Kurwa.
Skup
się. Musiałam się skupić.
–
Millie, kochanie, jesteś zdenerwowana – powiedział Big Petey zza moich pleców –
Chodź, usiądź, dziewczyno.
Nie
odwróciłam wzroku od Tacka.
–
Każ mu się wycofać – zażądałam - Powiedz mu, że nie jestem Chaosem. Powiedz mu, żeby cholernie trzymał się z dala ode mnie.
–
Musisz porozmawiać prosto z High’em, Millie – odparł Tack, dziwnie łagodnie,
jakby obchodził się ze mną ostrożnie – Wiesz, jak to jest, kochanie –
dokończył.
-
Dlaczego? - spytałam - Nie jest prezesem.
–
To jego sprawa, nie moja – odparł Tack.
-
Jest twoja. To jest - zakręciłam palcem w powietrzu - wszystko twoje.
Tack
chciał coś powiedzieć, ale poczułam lekką dłoń na moich plecach, więc się
obróciłam, po czym pobiegłam cztery kroki w głąb pomieszczenia, wpadłam na
krzesło i zatrzymałam się.
–
Nie dotykaj mnie – syknęłam do Big Petey’a.
Wzdrygnął
się, jego twarz wykrzywiła się ze zmartwienia, po czym spojrzał na Tacka.
Spojrzałam
również na Tacka i zobaczyłam, że uważnie mi się przyglądał.
-
High jest w sklepie, Millie. Niedługo tu będzie - powiedział Tack.
–
Mam w dupie, gdzie on jest – odparowałam - Ty jesteś prezesem. Radzisz sobie z
takimi gównami. Ja to wiem. Wiem, że to twoje gówno, bo mi to powiedział.
Benito Valenzuela siedział na moim –
wskazałam kciukiem w swoją stronę – fotelu,
kiedy jeden z jego sługusów celował do mnie z pistoletu i powiedział mi!
Pokój,
w stanie pogotowia, stał się podminowany, ale mnie to gówno obchodziło.
–
Trzymaj go z dala ode mnie – warknęłam - Jak nie będziesz, zadzwonię na
policję. Twoje gówno przestało pojawiać się w moim życiu w The Roll, kiedy Hop
śpiewał piosenkę Candlebox.
-
Valenzuela cię odwiedził? – zapytał Tack i usłyszałam to.
Słyszałam
groźbę.
Do
diabła, nawet ją poczułam, bo zapchała pomieszczenie.
-
Powiedział mi, żebym powiedziała ci szturcham
– powiedziałam - Nie wiem, co to znaczy. Nie obchodzi mnie to. Po prostu
trzymaj tego dupka z dala od mojego życia.
-
Millie, kochanie, musisz wziąć oddech i usiąść. Pozwól, że postawię ci drinka –
zaoferował się Pete, a ja spojrzałam na niego.
-
Nie chcę drinka. Nie chcę od Chaosu niczego oprócz tego, żeby spierdalał z mojego życia! - Skończyłam to krzykiem i skończyłam
tuż przed trzaśnięciem drzwi.
Spojrzałam
w tamtą stronę i zobaczyłam blondyna.
Widziałam
też Hop’a.
A
dalej zobaczyłam Logana.
Wyglądał
na zaskoczonego. Wyglądał na czujnego. Wyglądał też na ostrożnego. I patrzył na
to wszystko, ponieważ jego uwaga była całkowicie skupiona na mnie.
Ale
brutalne piękno jego wizji zapłonęło. Płonęło prosto w moje oczodoły, paląc
prosto w mój mózg.
Pozwoliłam
mu odejść, żeby dać mu wszystko.
Szukałam
go, żeby mu to wyjaśnić i powiedzieć, jak było mi przykro, że tak się musiało
potoczyć.
A
on wykorzystał mnie, znęcał się nad mną i rozerwał na strzępy.
Potem
jego gówno zaatakowało mój dom, nie to złe gówno, którym był on i jego bractwo,
ale śmierdząca kupa gówna, w które Chaos był zamieszany z Benito Valenzuelą,
coś, czego wyraźnie nie kontrolowali.
–
Widzę cię po raz ostatni – powiedziałam Loganowi.
–
Millie – powiedział cicho, powoli przesuwając się w moją stronę. – Chodźmy do
mojego pokoju, żebyśmy mogli…
To
się wtedy stało.
Nie
było sposobu, aby to powstrzymać.
Nie
miałam tego już w sobie.
Pochyliłam
się więc w jego stronę i zgubiłam opanowanie.
Całkowicie.
-
To ostatni raz, kiedy cię widzę! -
wrzasnęłam.
Zakołysał
się i zatrzymał, gdy moje emocje przetoczyły się przez pomieszczenie.
Spojrzałam
na Tacka i znów dźgnęłam palcem w jego stronę - Trzymaj swoje sprawy z dala od
moich spraw - Wskazałam palcem Logana, ale nie spuszczałam wzroku z Tacka – I
trzymaj go z dala od mojego życia.
–
Millie, kochanie – powiedział Logan, teraz już mówiąc łagodnie, kiedy drzwi się
otworzyły i weszli Hound i Boz, a oczy natychmiast rozejrzały się po graczach –
Chodź ze mną do mojego pokoju…
-
Pierdol się! - Splunąłem na niego i spojrzałam z powrotem na Tacka - Masz sobie
z tym poradzić. Jak nie, ja to
zrobię.
I
skończyłam.
A
kiedy drzwi ponownie się otworzyły i Tyra i wysoki, chudy, ciemnowłosy facet,
który był z Tabby u Dzikiego Billa, wprowadzili się do środka, zaczęłam
pospiesznie kierować się w stronę wyjścia.
Zostałam
zatrzymana, gdy Logan szybko odsunął się na bok i złapał mnie za łokieć.
Wyrwałam
go z jego uścisku i znów uciekłam, tym razem wpadając na stół.
–
Nigdy więcej nie kładź na mnie ręki – warknęłam.
-
Millie…
-
Nigdy więcej mnie nie dotykaj! -
wrzasnęłam.
–
Kotku – powiedział cicho - Musimy porozmawiać.
Moje
ciało wyprostowało się, a usta poruszyły.
–
Tak, zrobimy to – warknęłam - Absolutnie tak. Jak tylko Tack zajmie się waszym
małym problemem, który wkrada się w moje życie – oświadczyłam - Logan rzucił
szybkie spojrzenie Tackowi, a potem z powrotem na mnie, kiedy kontynuowałam -
Ja będę mówiła.
Potem
szłam dalej.
Szłam
na przód.
To
był czas.
Czas
to cholernie skończyć.
Zamierzałam
dać mu to wszystko, żebym mogła zrobić to, co powiedział, że zrobi.
Raz
na zawsze.
Umieść
go w moim cholernym, pieprzonym
lusterku wstecznym.
Moja
miłość do niego.
Moja
tęsknota za nim.
Moja
żałoba za wszystkim, co straciliśmy.
Mój
smutek z powodu wszystkiego, czego nigdy byśmy nie mieli.
Ciężar,
który dźwigałam, gdy szłam dla niego przez ogień, a on to wszystko wyrzucił, zapładniając jakąś sukę i
sprawiając, że wszystko, co poświęciłam, stało się… warte… gówna.
–
Już prawie całkiem odeszłam, High – stwierdziłam - Wyjeżdżam z Denver. Ale
zanim odejdę, zrozumiesz. Dostaniesz to wszystko.
Więc będziesz wiedział i mogę z tobą
skończyć.
–
Millie, kochanie, kurwa, proszę,
chodź ze mną do…
-
Nigdzie z tobą nie idę - Wskazałam palcem na podłogę - To się dzieje tutaj.
Ruszył
w moją stronę - Mała, błagam cię, proszę…
Wycofałam
się, wpadając na różne rzeczy i uciekając z drogi, ostrzegając - Nie zbliżaj
się.
-
Jak nie pójdziesz tam ze mną, ja cię tam zabiorę – ostrzegł.
On
by to zrobił. Wiedziałam. Ci ludzie dostali to, czego chcieli.
Zawsze
dostawali to, czego chcieli.
Jakkolwiek
musieli to zrobić.
Panika,
którą powstrzymywałam, zaczęła się przedzierać.
-
Nie zbliżaj się do mnie! -
Krzyknęłam, wciąż pędząc, chcąc to zrobić, wyjść, odjechać i nie potrzebowałam
być sam na sam z Loganem.
-
Mała…
–
Nie nazywaj mnie tak – warknęłam, zmieniając kierunek, obserwując, jak on
zmienia kierunek ze mną, zachodząc mnie.
–
Kurwa – uciął - Proszę…
–
Przestań się ruszać – zażądałam.
-
Millie…
Był
coraz bliżej.
I
uderzyłam w ścianę.
Prześlizgnęłam
się po niej, krzycząc - Nie zbliżaj się
do mnie!
–
Cholera, Millie…
-
Nie mogę mieć dzieci! - wrzasnęłam.
Logan
zamarł.
Ja
też.
Cała.
Oprócz
moich ust.
–
Tak, Loganie! Tak! Masz to wszystko! - Krzyczałam - Jestem bezpłodna. Jałowa.
Nie działa. Nie ma mowy. Nigdy. I wiedziałam, że nie pozwolisz mi odejść. Nigdy
nie pozwoliłbyś mi odejść. A ty tak bardzo chciałeś mieć dzieci - Potrząsnęłam
głową, nawet nie czując napływających mi łez do oczu - Tak cholernie bardzo. Chciałeś założyć rodzinę. Dużą, pełną, głośną,
szaloną, cudowną rodzinę. Nie mogłam ci tego dać. Nigdy nie mogłabym ci tego dać. A ty byłeś mój. Byłeś moim Loganem.
Musiałeś mieć to wszystko. Byłeś mój - Mój głos się załamał i nie słyszałam
tego, nawet tego nie czułam. Nie czułam nic poza potrzebą zrobienia tego i
odejścia - Moim zadaniem było
upewnienie się, że masz wszystko. Moim
zadaniem było upewnić się, że zdobędziesz wszystko. Ale nie pozwoliłeś mi
odejść. Nigdy nie pozwoliłbyś mi odejść. Więc sprawiłam, że pozwoliłeś mi odejść, abyś mógł mieć wszystko!
Moje
gardło płonęło. Moje oczy łzawiły.
Ale
widziałam wyraz jego twarzy.
Zniszczony.
Zmarnowany.
To
nie dawało mu wszystkiego.
To
zabijało.
A
to nie było moim zadaniem.
Zawiodłam.
Znowu
mi się nie udało.
Musiałam
więc uciec.
I
pobiegłam.
Przedzierając
się przez niewidzialne ręce, które próbowały mnie złapać, dotarłam do drzwi
mojego samochodu, trzymając rękę na klamce, ale nie udało mi się ich otworzyć.
Nagle
zostałam przyciśnięta do drzwi, twarde ciało Logana wepchnęło się za mną, jego
ramiona jak stalowe obręcze zacisnęły się wokół mnie.
-
Pozwól mi odejść! - wrzasnęłam.
Nie
pozwolił mi odejść.
Wsunął
twarz w bok mojej szyi.
-
Pozwól mi odejść! Pozwól mi odejść! - Szarpnęłam się bezskutecznie w jego
ramionach - Puść mnie, idź, idź!
–
Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Cichy.
Tak
cicho.
Ale
każde słowo było nową raną.
Znieruchomiałam
w jego ramionach.
–
Nie pozwoliłbyś mi odejść – wyszeptałam.
-
Nie - Jego ramiona zacisnęły się – Nie, Millie. Nigdy nie pozwoliłbym ci
odejść.
Ponownie
odepchnęłam się od jego uścisku.
–
Teraz musisz mnie puścić – szeptałam.
Nie
wypuścił mnie.
Przytulił
mnie tak mocno, że poczułam, jak powietrze uchodziło z moich płuc.
Potem
poruszył się gwałtownie, brutalnie. Objął mnie jedną ręką, cofnął ją i uderzył
pięścią w stalowy bok mojego samochodu, robiąc wgniecenie, a jego twarz
wystawała zza mojej szyi.
–
Dlaczego mi nie powiedziałaś? - ryknął.
Moje
ciało znieruchomiało, ale dusza pękła.
-
High, bracie.
Słyszałam
to jakby z daleka.
Tack.
-
Nie twoja sprawa - warknął High.
–
Zabierz swoją kobietę do środka – powiedział cicho Tack - Jest zimno i zaczyna
padać śnieg.
Stałam
nieruchomo.
Podobnie
High.
Na
nanosekundę.
Potem
odciągnął mnie od samochodu.
Przez
następny czas, jaki długi, nie wiedziałam, skoro niewiele pamiętałam z tego, co
się wydarzyło, z wyjątkiem tej pierwszej chwili, gdy wygięłam plecy tak mocno,
że moje stopy oderwały się od ziemi, podczas gdy High trzymał mnie i obrócił
nas w stronę Kompleksu, podczas gdy ja piszczałam - Nie!
Słabo
pamiętam walkę. Pazury. Krzyki. Kopanie. Popychanie. Uwolnienie się, kiedy
zabrał mnie z powrotem do Kompleksu i zobaczenie wszystkich braci Chaosu
rozstawionych w pokoju wspólnym, wartowników Logana, żołnierzy ich brata,
odgradzających mnie.
Dokonałam
gorączkowego wyboru, biegnąc w stronę blondyna, żeby się przez niego przebić.
Poniosłam porażkę. Złapał mnie i zaciągnął z powrotem do Logana.
Logan
ponownie przejął kontrolę, a ja walczyłam z tym, ale w końcu znalazłam się za
zamkniętymi drzwiami w jego pokoju i to trwało.
To
ja z nim walczyłam. Walczyłam z nim tak, jakbym walczyła o życie.
A
Logan bronił się przed moimi atakami, robiąc to delikatnie, robiąc to w taki
sposób, żeby mnie nie skrzywdzić i pomagał mi nie skrzywdzić siebie, i robił to
nadal powstrzymując mnie, gdy szeptał w kółko, uspokajająco: „Spokojnie” i „Cicho,
mała”, i „Przestań, piękna”.
Wyczerpana
tym, docierając jakoś do łóżka z Loganem, chrząknęłam, gdy wydobyłam ostatni,
kolosalny wysiłek, by wyrwać się z żelaznych uścisków jego ramion, próbując
wyszarpnąć moje nogi z jego ciężkiego ciężaru zaciśniętego na moich.
Potem
rozluźniłam się.
Kiedy
to zrobiłam, wsunął rękę w moje włosy.
–
To wszystko, Millie – wyszeptał do czubka mojej głowy - Ułóż się. To koniec,
kochanie. Zrobione.
-
Czy Cleo i Zadie są piękne? - Zapytałam jego gardło niekontrolowanym głosem, bo
nawet jeśli już wiedziałam, że były, to wciąż musiałam wiedzieć i poczułam, jak
jego palce odruchowo przeplatały moje włosy.
–
Są – zagrzmiał - Bardzo, bardzo
pięknie, mała.
-
Dałam ci je - powiedziałam mu, słabnąc, w końcu cholernie słabnąc.
–
Tak, Millie – zgodził się cicho.
-
Dałam ci je. Dałam ci to, że nazywają cię tatusiem, co rozgrzewa cię do kości.
Przyciągnął
mnie głębiej w swoje ramiona, wsunął się we mnie, wziął mnie na plecy, przydusił
swoim ciężarem i ciepłem, zatopił mnie swoim zapachem, ale nic nie powiedział.
Wciąż
słabnąc, wymamrotałam - Dałam ci je. Dałam im ciebie.
–
Mała – wyszeptał, a to słowo było torturą.
-
Zrezygnowałam z ciebie, przeszłam przez ogień, żeby to zrobić, ale zrobiłam to
– powiedziałam mu - Na końcu to zrobiłam. Dałam ci wszystko – dokończyłam w
końcu, ostatecznie słabnąc.
Słabnąc.
Do
nicości.
*****
Biedna dziewczyna 😢 teraz pewnie im głupio..
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńAż mi się łezka w oku zakręciła 😢, choć moim zdaniem powinna nawtykać im bardziej. Dziękuję ☺
OdpowiedzUsuń