ROZDZIAŁ
2
Każdy
jego oddech (cz.1)
Millie
Obecnie…
To,
co miałam zrobić, było śmieszne.
I
być może szalone.
Ale
i tak miałam to zrobić.
Minął
tydzień, odkąd zobaczyłam Logana w Chipotle.
Nadal
miałam ten kosz szpinaku i torby pomarszczonej marchewki w mojej lodówce i
nadal były tam jedynymi rzeczami. Tyle że kosz szpinaku nie był teraz zwiędły,
ale zamiast tego zepsuty.
Powinnam
go wyrzucić.
Nie
wyrzuciłem.
Pracowałam.
Kupowałam
fast food (lub gotowe, choć bez sałatek).
Spałam.
Oglądałam
telewizję.
I
myślałam o Loganie.
Nie
mogłam go wyrzucić z głowy. Nawet śniłam o nim.
I
nie były to dobre sny. To były sny o jego odejściu. To były sny, w których
krzyczał na mnie, że byłam tchórzem. Że zmarnowałam swoje życie. To były sny, w
których pchał na huśtawce małą dziewczynkę bez twarzy, uśmiechając się do
kobiety bez twarzy, która, nawet jeśli nie miała twarzy, wiedziałam, że była
piękna i zdecydowanie nie była mną.
Innymi
słowy, złe sny.
Sny,
które nawiedzały mnie nawet wtedy, gdy nie spałam.
Więc
teraz byłam tutaj i to było śmieszne, głupie, szalone.
Dottie
byłaby wkurzona, gdyby wiedziała, że tu byłam. Dwadzieścia lat walczyła o
wyciągnięcie mnie z sideł Logana, sideł, w które zostałam złapana, mimo że on
mnie tam nie chciał i nawet nie było go w moim życiu.
Chciała,
żebym poszła dalej. Błagała mnie nawet, żebym ruszyła dalej. Na początku
chciała, żebym wróciła do Logana (i o to też mnie błagała). Kiedy zdała sobie
sprawę, że tak się nie stanie, chciała, żebym poszła na randkę, poszła do psychiatry,
żeby zaczęła żyć, jakimkolwiek życiem bez Logana.
Nic
z tego nie zadziałało.
Teraz
nie mogłam go wyrzucić z głowy.
Więc
tam byłam.
–
Gówno, cholera, cholera – szepnęłam,
patrząc na fasadę zajazdu.
Był
zaniedbany, bliski ruiny. Miał na zewnątrz odpryski farby. Napis na górze, na
którym widniał napis SCRUFF, był ledwo widoczny, biorąc pod uwagę, że była noc
i działał tylko neon litery u i apostrof.
O
dziwo, Scruff wyglądał tak samo jak dwadzieścia lat temu, kiedy Logan i ja
często tu przychodziliśmy.
Tyle
że wtedy c również działało, chociaż migotał.
Na
zewnątrz stały motocykle, teraz było ich mniej niż wtedy, kiedy to był Logan i
moje mieszkanie, bo to było miejsce Chaosu, ale nadal wyraźnie był to bar dla
motocyklistów.
Po
prostu nie miałam pojęcia, czy jeden z tych motocykli należał do Logana.
Miałam
nadzieję, że należał.
I
bałam się tego samego.
-
Powinnaś iść do domu – powiedziałam sobie.
Powinnam.
Ale
dom był tam, gdzie byłam prawie każdej nocy, odkąd kupiłam go i wprowadziłam
się do niego jedenaście lat temu. Zmienił się, bo odnowiłam każdy jego
centymetr (sama tego nie robiłam – płaciłam ludziom za to – ale to wszystko
była moja wizja).
Kochałam
ten dom. Nigdy nie miałam dość patrzenia na to, co stworzyłam (lub ktoś inny,
oczywiście, dzięki mojej wizji).
Ale
byłam tam prawie każdej nocy. A nie było mnie tylko wtedy, gdy byłam u Dottie,
opiekowałam się dzieckiem przyjaciółki albo na jednym z zaplanowanych przeze
mnie wydarzeń.
Ostatnie,
będące moją pracą, się nie liczyło.
Teraz
nie było mnie w domu. Wróciłam do Scruff. Miejsca, w którym nie byłam od
dwudziestu lat.
Byłam
tam, ponieważ Logan mógł tam być.
A
ja nie mogłam przestać o nim myśleć.
–
Boże, to szaleństwo – wymamrotałam, otwierając drzwi samochodu i wysuwając
nogę.
Wysiadłam,
zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam zamek, trzymając klucze w dłoni i torebkę mocno
zaciśniętą pod pachą.
Szłam
w stronę budynku, martwiąc się o mój samochód. Miałam czerwoną Mazdę CX-5, która
miała zaledwie rok. Kochałam go. Nie zmieniałam samochodów co pięć lat, więc to
było moje dziecko. Ten bar nie tylko nie był najbezpieczniejszym miejscem w
Denver, ale znajdował się w dzielnicy, która również nie była
najbezpieczniejsza w Denver.
Musiałam
się odważyć. Byłam tam. Byłam poza samochodem.
Nie
było powrotu.
Zanim
dotarłam do drzwi, wypadł z nich motocyklista, a za nim rozległ się krzyk - Też się pieprz! - i prawie zawróciłam.
Potknął
się w drugą stronę, więc moja droga była wolna.
Wiedziałam,
że powinnam się wycofać.
Nie
zrobiłam tego.
Weszłam.
Kiedy
moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zobaczyłam, że wnętrze też niewiele
się zmieniło, poza tym, że stało się bardziej obskurne. W rzeczywistości nawet
neony z reklamą piwa wyglądały tak samo, a po drugim, szybkim i szaleńczym, aby
sprawdzić, czy Logan tam był, omieceniu baru wzrokiem, zobaczyłam, że cztery z
mnóstwa z nich już w ogóle nie działały. Winyl na stołkach barowych był zużyty,
meble rozpraszające przestrzeń były bardziej niedopasowane. Nawet filc na stole
bilardowym był bardziej wyblakły.
I
nie było Logana.
Właściwie
nie było nikogo. Nie było puste, ale w tamtych czasach prawie zawsze tętniło
życiem.
Logan
i ja chodziliśmy w środę, żeby się zabawić z tuzinem ludzi, którzy również tam
byli, których znaliśmy i z którymi imprezowaliśmy. Albo szliśmy w sobotę i
wprowadzaliśmy chaos z trzema tuzinami ludzi, których znaliśmy i z którymi
imprezowaliśmy.
To
było miejsce Chaosu. To tam chodzili chłopcy, kiedy chcieli nawiązać więzi, znaleźć
świeże mięsko do puknięcia, znaleźć kłopoty, a jeśli ich nie było, zrobić je.
Jednak
rozglądając się, nie widziałam ani jednego faceta, którego znałabym z dawnych
czasów. Nie widziałam nawet naszywki Chaosu na żadnej kurtce.
To
była niespodzianka. Chaos był tam stałym elementem w taki sposób, że nie było
wieczoru, kiedy przynajmniej kilku braci było w Scruff.
To
też był pretekst do odwrotu.
Nie
odeszłam.
Podeszłam
do baru i wślizgnęłam się na stołek, robiąc to z oczami wciąż skanującymi
przestrzeń, jakby Logan mógł się zmaterializować znikąd.
-
Cóż, pieprz mnie. Millie cholerna Cross. Podmuch z przeszłości, i to niezbyt
dobry.
Odwróciłam
głowę i spojrzałam w szoku na Reb.
Reb
była wtedy barmanką. Podejrzewałabym, że ta jedna już dawno powinna zniknąć.
To
dlatego, że spała z synem Scruff’a, który miał odziedziczyć to miejsce, skoro
Scruff był na łożu śmierci. Chociaż Scruff leżał na łożu śmierci przez całe
trzy lata, które tam spędziłam (przez dwa piłam z fałszywym dowodem tożsamości,
co nie obchodziło Reb ani żadnego innego barmana).
Wade,
jej mężczyzna i następny w kolejce właściciel lokalu, rzadko tam bywał (albo
rzadko tam pracował). Zwykle tam pił albo na przemian zdradzał Reb, bił się, wisiał
w areszcie albo jeździł na motorze, włócząc się i zostawiając ją, by narzekała
na niego i przysięgała, że go zostawi.
Reb
była twarda. Była tak nieprzyjazna, że aż podła. I nie brała dużo gówna (z
wyjątkiem tego od Wade’a).
Byłam
pewna, że się zmęczy i odejdzie.
Ale
tak nie było. Stała za barem, wyglądała na równie wyblakłą i zużytą jak reszta
lokalu, jakby postarzała się o czterdzieści lat w ciągu ostatnich dwudziestu.
Ledwo
ją poznałam.
Wyraz
„życie to gówno, a potem umrzesz” w jej oczach był niezapomniany, wciąż obecny
i jeszcze ostrzejszy, więc wiedziałam, że to ona.
-
Jesteś jak przygłup – stwierdziła, patrząc na mnie ze swojej strony baru – tyle
że nie widziałam cię od wieków, a widuję ich zbyt wielu co tydzień. Chociaż
jesteś tutaj, więc tylko mówię, że jeśli chodzi o ciebie, mógłabym użyć
dłuższej wieczności.
To
nie było ciepłe powitanie.
Reb
nie była zwolennikiem rozdawania ciepła. Nigdy nie była.
Ale
to było coś więcej niż jej zwykła złośliwość.
Postanowiłam
to zignorować.
-
Hej, Reb – przywitałam się.
-
Spieprzaj Millie i mam na myśli to, że możesz zabrać swój tyłek z mojego stołka
i wypierdalać z mojego baru – odpowiedziała.
Gapiłam
się.
O
wiele bardziej wredna niż jej zwykła
wredność.
–
Na przykład – nachyliła się do mnie – Teraz.
Ponieważ
najwyraźniej oszalałam, postanowiłam to zignorować.
-
Twój stołek? To twój bar? - Zapytałam.
Wyprostowała
się i wytrzymała mój wzrok jakby mi groziła, gdy stwierdziła - Tak. Ssałam
złego kutasa. Wade nie był właścicielem tego miejsca, więc nie wiem, o czym
myślałam, biorąc jego gówno. Staruszek może nie radził sobie naprawdę dobrze,
ale wciąż miał fiuta, a każdy facet, który ma fiuta, lubi być ssany. Ssałam
moją drogę do niego, by zmieniać jego testament. Teraz Wade musi jeść moją
cipkę, żeby dostać się do mojego harmonogramu i dostawać napiwki, i musi faktycznie
pracować, żeby je zdobyć. Bardziej wolę to w ten sposób.
Wiedziałam,
że dzieli się tymi wszystkimi informacjami, aby mnie zszokować i udało jej się.
Starałam
się tego nie okazywać i odpowiedziałam - Cóż, dobrze dla ciebie, Reb. Cieszę
się, że dostałaś to, czego chciałaś.
–
Nie dostałam – odparła - Zapracowałam na to. Ciężko pracowałam za tym barem
przez dziesięć lat. Ssałam starego kutasa przez dwa. Teraz jest mój, do
cholery, więc nie do końca kręcę fikołki, bo kosztował o wiele więcej, niż jest
wart.
Nie
mogłam się bardziej zgodzić.
Nie
podzieliłam się tym.
Zamiast
tego zapytałam - Czy mogę dostać piwo?
-
Nie.
Tym
razem spojrzałam jej w oczy i zaczęłam cicho - Reb...
Pochyliła
się ponownie.
–
To jest bar dla motocyklistów, Millie
– warknęła - Chaos przestał tu przychodzić lata temu, ale nadal jest to bar dla
motocyklistów i nie ma wielu ludzi, którzy chcą się tu pokazać, ale naleję
drinka każdemu a szczególnie jeśli to motocyklista, bo tak to jest i tak było
zawsze. Nie naleję drinka jakiejś upartej suce, która nie lubi motocyklistów.
Myślę, że rozumiesz, że mogę wydać każdego dolara, którego moi chłopcy wydają
na zgniliznę, która tu trafia. To nie znaczy, że chcę wziąć twojego.
-
Reb, to, co się stało, było dawno…
–
Stało się tak, że powiedziałaś jednemu z moich
ludzi – dźgnęła kciukiem swoją pierś – jesteś dla niego kurewsko za dobra. Byłaś
za dobra dla High’a, jesteś cholernie za dobra, żeby siedzieć na moim stołku. A
teraz, Millie, nie będę tego powtarzać, wypierdalaj.
High.
To
prawda. Zapomniałam. Logan został High’em, kiedy oficjalnie został Chaosem.
Żart polegał na tym, że jego imię zostało skrócone przez jego rodziców do
przezwiska Low[1].
Ale lubił wtedy palić i to nie tylko papierosy, więc został High’em.
Nienawidziłam
tego imienia głównie dlatego, że nie podobało mi się to, jak często palił
trawkę. Nienawidziłam tego imienia tak bardzo, że nigdy go nie użyłam.
Musiałam
przyznać (tylko przed sobą), że nadal tego nienawidziłam.
–
Są rzeczy, które… – Spróbowałam ponownie.
-
Mam to gdzieś.
–
Szukam Logana – wypaliłam.
Jej
twarz wykrzywiła się w sposób, który wystraszył mnie jak cholera, gdy zbliżyła
się do baru, położyła na nim rękę i pochyliła się głęboko.
–
I mam, kurwa, nadzieję, że go nie znajdziesz – syknęła - Poszedł dalej, ale
zanim znalazł w sobie siłę, by to zrobić, zniszczyłaś go.
Moje
serce ścisnęło się w taki sposób, że naprawdę poczułam ból.
Rozdzierający
ból.
-
Chryste, tak bardzo mu na tobie zależało, był
tobą - wypluła Reb - Żył dla ciebie.
Każdy jego oddech był dla ciebie.
Potem zatopiłaś ostrze, przeciągnęłaś je na wylot i wypatroszyłaś go. Szczerze
mówiąc, Pete, Tack, Arlo, Brick, Boz, nikt z nas nie sądził, że przeżyje. Zjeżdżał
z klifu. Ustawiał się na huśtawce w kompleksie. Wciągnął się w walkę, o której
wiedział, że nie mógł jej wygrać. Szukał tego. To nigdy nie nadeszło i można
było wyczuć w nim cholerne
rozczarowanie, że obudził się, by stawić czoła kolejnemu dniu bez ciebie. Każda
kobieta na tej cholernej ziemi chce, żeby taki mężczyzna to do niej czuł, a ty
to miałaś i wyrzuciłaś to, kurwa, jak śmieci.
Prawie
spadłam ze stołka barowego w mojej potrzebie ucieczki, bo nie mogłam znieść
więcej. Ból był tak ogromny, że to cud, że krew nie sączyła się ze wszystkich
porów.
–
Tak, suko – nie przestawała na mnie patrzeć, obserwując, jak się poruszałam - Zniknij.
Odejdź w cholerę. Nigdy nie wracaj - Podniosła
rękę i dźgnęła we mnie palcem – I nie szukaj High’a. Nie potrzebuje twojego gówna
w swoim życiu. Nigdy ponownie.
Cofnęłam
się o dwa kroki, nie mogąc oderwać od niej wzroku, po prostu dlatego, że nie
miałam żadnych myśli. Właściwie to był cud, że się ruszałam.
Jedyne
co czułam to ból.
W
końcu moje ciało poderwało się do ucieczki i wyszłam z baru.
Do
mojego samochodu. Nacisnęłam przycisk i wycofałam się z miejsca, nawet nie
patrząc, czy jest wolne.
I
pojechałam do domu.
Było
późno i chociaż jej potrzebowałam, nie zamierzałam ponownie dzwonić do Dottie.
Nie zamierzałam dzwonić do innych przyjaciółek, które wiedziały o Loganie i
mojej niezdolności do pokonania go. Nie zamierzałam iść do domu i wybuchnąć
niekontrolowanymi łzami, które wydawały się mnie dusić i płakać, dopóki nie
miałam nadziei, że tak się stanie i to się wreszcie skończy.
Weszłam
do domu i przekręciłam włącznik oświetlający kuchnię.
Zamknęłam
za sobą drzwi.
Podeszłam
do mojego marmurowego blatu, który był biały z szarymi żyłkami i rzuciłam na
niego torebkę.
A
potem stałam nieruchomo i wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w salon.
Reb
miała rację. Wiedziałam. Wiedziałam, że zniszczyłam Logana.
Poznaliśmy
się, kiedy miałam osiemnaście lat, dziewięć tygodni po ukończeniu szkoły
średniej.
Zaprosił
mnie na randkę w ciągu kilku minut od pierwszych słów, które do siebie
wypowiedzieliśmy.
Przespałam
się z nim podczas naszej pierwszej randki.
Nie
dlatego, że byłam łatwa.
Bo
wiedziałam, że był wszystkim.
I
był.
Był
spełnionym marzeniem. Fantazja, która ożyła. Każda stereotypowa nadzieja każdej
dziewczyny na tej planecie, która chodzi, rozmawia, dotyka, całuje.
Może
z tym wyjątkiem, że być może był bardziej szorstki i posiadał własny motocykla.
Traktował
mnie jak złoto.
Nie,
jak księżniczkę.
Nie,
obydwa.
Byłam
cenna. Ukochana. Skarb.
Patrzył
na mnie i za każdym razem, gdy to robił, wiedziałam, że myślał, że to, co
zobaczył, było tak piękne, że nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.
Seks
nie był wspaniały.
Był
wybuchowy.
Spaliśmy
spleceni i budziliśmy się w ten sam sposób, jakbyśmy potrzebowali być ze sobą
połączeni, aby naładować się w nocy, abyśmy mogli stawić czoła dniu. Jakby bez
tego nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.
Ku
przerażeniu moich rodziców i radości jego rodziców, wprowadziliśmy się do
siebie w ciągu sześciu tygodni od spotkania.
Walczyliśmy
i za każdym razem, gdy to robiliśmy, kończyliśmy to śmiechem, jakby to, o co
walczyliśmy, było śmieszne, bo w większości było.
Byliśmy
razem przez trzy lata, które wydawały się być pięćdziesięcioma trzema latami, przez
cały czas błogo szczęśliwi.
A
potem ten czas wydawał się być trzema dniami w chwili, gdy odszedł ode mnie,
ponieważ zmusiłam go do tego.
Rozejrzałam
się po kuchni z marmurowymi blatami i wyspą z blokami do mięsa, na której
znajdował się zlewozmywak. Pod oknem miałam ciężki, biały ceramiczny
zlewozmywak i białe szafki, górne z okienkami. Inne szafki zaprojektowane
specjalnie na wino, książki kucharskie, stojaki na przyprawy. Spojrzałam na sześciopalnikową
kuchenkę ze stali nierdzewnej i dwoma piekarnikami, chłodziarkę na wino.
Potem
się przeniosłam.
Moje
buty uderzały o drewnianą podłogę, którą odnowiono cztery lata temu i nadal
błyszczała idealnie. Poszłam do swojego salonu z wieloszybowymi oknami z przodu
i po obu stronach kominka z boku.
Rozejrzałam
się po białych ścianach i ceglanym kominku (również pomalowanym na biało).
Firany
w oknach też były białe i przezroczyste. Meble były miękkie i wygodne, a
wszystko w miękkim ciemnoszarym kolorze. Akcenty rozrzuconych poduszek na
kanapie, dwuosobowej kanapie i fotelu do przytulania, a także wazony na
powierzchniach były w stonowanych pastelach. Ramy obrazów rozsianych po
powierzchniach były bielone, grawerowane lustrzane lub misternie wykonane ze
srebra. A pièce de résistance było dużym okrągłym lustrem w kształcie ogona pawia
nad kominkiem.
Efekt
był fajny i stylowy, ale nie zimny. Ładny i gościnny.
Szłam
korytarzem, którego ściany wypełniały doskonale rozmieszczone ramki, całe
czarne z kremowymi tłami, trzymające czarno-białe zdjęcia Dottie i jej rodziny.
Moi rodzice. Dziadkowie. kuzyni. Ciocie i wujkowie. Przyjaciele.
Przeszłam
obok pokoju gościnnego i gościnnej łazienki do dodatkowej sypialni, która była
śmietnikiem. Włączyłam światło, co sprawiło, że wiatrak wiszący pod sufitem
wprowadził do pokoju delikatną bryzę, której nie potrzebował robić we wrześniu.
Poszłam
prosto do szafy, rozsunęłam drzwi i przebrnęłam przez papier do pakowania,
bagaże, pudła, a potem podniosłam plastikowe skrzynie, które stały w kącie.
Cztery.
Chciałam
dolną.
Podeszłam
do niej i wciągnęłam ją do pokoju. Upadłam na tyłek na podłogę i opuściłam
zatrzaski po bokach skrzyni, podnosząc przykrywkę.
Były
tam albumy, z których trzy z radością, choć mozolnie, wypełniłam zdjęciami.
Jeden
album na każdy rok.
Reszta
skrzyni była wypełniona tymi kopertami, które przychodziły ze zdjęciami i
zawierały klisze.
Na
końcu wrzuciłam luźne zdjęcia, by ukryć bolesne wspomnienia.
Na
początku często wyciągałam tę skrzynię.
Ale
minęły lata, odkąd ją otworzyłam.
Chwyciłam
album, położyłam go na kolanach i otworzyłam na chybił trafił.
Moje
gardło zacisnęło się przed paleniem trawiącym moje wnętrzności, gdy patrzyłam
na zdjęcie, na którym stałam obok Logana, który siedział na swoim motocyklu.
Byliśmy
przed Ride, sklepem motoryzacyjnym z dołączonym warsztatem, w którym robiono
pojazdy na zamówienie, którego właścicielem był Chaos.
Logan
miał coś zrobić, nie pamiętałam co. Żegnałam się z mężczyzną, którego kochałam
i którego miałam zobaczyć za kilka godzin. Jedną rękę trzymał na uchwycie motoru,
a drugą na moim biodrze. Stałam twarzą do niego, ale spoglądałam przez ramię na
Naomi, żonę jednego z braci Logana z Chaosu.
Moje
włosy były długie, sięgające do pasa i nieobciążone, tak jak lubił to Logan.
Niepohamowane i dzikie. To był sposób, w jaki nie nosiłam ich od lat.
Logan
miał na sobie okulary przeciwsłoneczne, które sprawiały, że wyglądał fajnie i
kozacko, dżinsy, T-shirt i kurtkę Chaosu.
Byliśmy
blisko, jak zawsze byliśmy blisko, kiedy byliśmy razem, dotykając się, jak zawsze
się dotykaliśmy i uśmiechając się.
Jak
zawsze byliśmy uśmiechnięci.
Zdjęcie
poniżej przedstawiało nas rozciągniętych na kanapie w pokoju wspólnym Kompleksu
Chaosu. Leżałam głównie na Loganie, częściowo wsunięta w oparcie kanapy.
Położyłam rękę na jego klatce piersiowej i odrzuciłam głowę do tyłu, zdjęcie
uchwyciło mój profil, a ja się śmiałam.
Logan
leżał na plecach, z głową opartą na podłokietniku, z ramieniem owiniętym wokół
mojej talii, trzymając mnie przy sobie, chociaż nie musiał tego robić, bo leżałam
na nim. Patrzył prosto w obiektyw, również się śmiał.
Na
przeciwnej stronie było nasze zdjęcie w Scruff. Mój tyłek leżał na krawędzi
stołu bilardowego (coś, co często robiłam, żeby się wygłupiać, bo to wywoływało
u Logana uśmiech, ale też cholernie irytowało Reb). Logan pochylał się nad
stołem z kijem w dłoni, gotowy do oddania strzału.
Ale
jego głowa była odchylona do tyłu, jego oczy były skierowane na mnie, a moje na
niego.
Nie
uśmiechaliśmy się. Mówiłam coś do niego i miałam jego pełną uwagę.
Jak
zawsze miałam jego pełną uwagę.
Przycisnęłam
płasko dłonie do stron, jakbym mogła wsiąknąć przez nie w tamte czasy, jakbym
mogła cofnąć się o lata, by je przeżyć na nowo, jakbym mogła wchłonąć uczucie,
jakie wtedy miałam, że byłam bezpieczna, kochana i żyłam życiem, które było dla
mnie odpowiednie.
To
nie zadziałało.
Przewróciłam
stronę.
Potem
przewróciłam kolejną stronę.
I
kolejną.
Zrobiłam
to, przeżywając na nowo wspomnienia, które przeżywałam niezliczoną ilość razy.
Były wypalone w moim mózgu w sposób, w jaki zawsze tam były, nawet kiedy ich
nie wzywałam. Były to blizny, które dręczyły mnie w sposób, który zmienił bieg
mojego życia.
Nie
chodziło tylko o to, że wpadłam w rutynę.
Moje
życie zostało przerwane i nigdy nie zaczęłam go od nowa.
Od
czasu Logana Judd’a nie miałam chłopaka.
Nie
miałam kochanka.
Ani
jednego przez dwadzieścia lat.
Był
tym dla mnie, a te zdjęcia pokazały, dlaczego.
Poznałam
mojego idealnego mężczyznę w wieku osiemnastu lat i miałam go przez trzy lata.
Potem
go odesłałam.
Czy
mogłabym naprawić te krzywdy?
Czy
powinnam?
Zniszczyłaś go.
Zrobiłam
to.
I
zrobiłam to samo sobie.
Każda kobieta na tej
cholernej ziemi chce, żeby taki mężczyzna to do niej czuł, a ty to miałaś i
wyrzuciłaś to, kurwa, jak śmieci.
Nie
wyrzuciłam go.
Reb
nie wiedziała.
Nigdy
się nie dowie.
Ale
tego nie zrobiłam.
Nigdy
bym tego nie zrobiła.
Nie
dla Logana.
Każdy jego oddech był
dla ciebie.
CDN
###
Jestem ciekawa co takiego zrobiła dokładnie, że go zostawiła. Hmmm, czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy 😊
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń