„Daleko
w tyle” (cz.2)
*****
High
-
Kobieto, kurwa, mówiłem ci - Usłyszał warczenie Tacka.
Ale
nie mógł zwracać uwagi na to, co się wikłało, bo Cherry nie potrafiła zachować
siebie dla siebie.
Poruszał
się.
Poruszał
się, by dostać się do Millie z jej słowami miażdżącymi mu mózg.
Poświęciłam wszystko,
abyś ty mógł mieć to wszystko!
A
potem się nie ruszał, bo Kellie była w jego przestrzeni, przed jego twarzą.
–
Ty pieprzony skurwysynu! – wrzasnęła,
uderzając go w pierś.
Jego
ciało stwardniało się, jego szczęka zacisnęła się i jedno i drugie było dobre, bo
powstrzymywały go przed odwzajemnieniem się w jakikolwiek sposób, kiedy znów go
popchnęła.
-
Zniszczyłeś ją! - wrzasnęła, a jego stwardniałe
ciało naprężyło się - Czy to nie wystarczyło? - zapytała - Czy wy i wasze suki
musicie się zabawiać, znowu ją
pieprząc? - Spojrzała za nim w stronę stołu - Nowina, dupki, nie było nic do
spieprzenia. Ona przepadła. Nie musieliście się starać. Ale niesamowite - warknęła sarkastycznie -
trafiliście w dziesiątkę, przywracając jedyną pieprzoną rzecz na tej ziemi,
która rozerwałaby jej łachmany na strzępki.
I
na koniec wskazała kciukiem High’a.
-
Pamięć służy, suko, ktoś inny był w strzępach po tym, jak twoja cipa go zmarnowała
- odpowiedział Boz.
-
O tak? - Zapytała Kellie, a oczy zwęziły się niebezpiecznie na jego bracie.
-
Tak - odparował Boz.
-
Nie widzieliście.
Hop
był teraz przy ich stole, zespół nadal grał na scenie, ale gracze byli uwikłani
w obecne popieprzenie i mogli być wszędzie, ale byli całkowicie skupieni na
tym, co działo się właśnie tam, właśnie wtedy.
Zwłaszcza
kiedy Kellie wyszeptała te dwa słowa.
I
jak to zrobiła.
Wszyscy
to słyszeli; High mógł wyczuć, jak to słyszeli.
Ale
on to odczuł.
Każde
słowo.
-
Czego nie widzieliśmy? - zapytał Pete.
High
patrzył, jak ciało Kellie zadrżało, po czym potrząsnęła głową - Nie zasługujecie,
żeby to wiedzieć. Nie zasługujesz – spojrzała na High’a - kutasie - Podniosła rękę, by wskazać palcem na jego twarz. –
Trzymaj się, kurwa, z dala od jej życia, dupku. Zostaw ją w spokoju.
–
Zostawiła mnie – warknął High.
-
To nie ona odeszła - odpowiedziała Kellie.
Ramiona
High’a były napięte w sposób, który sprawiał wrażenie, że każdy ruch mógłby je
złamać.
Jezu.
Kurwa.
Jezu.
-
Czy to nie ona kazała mu się wynosić? - zauważył ze złością Boz.
-
To nie ona odeszła i nie wróciła – Kellie odpowiedziała Boz’owi, ale słowa były
skierowane do High’a i wiedział to nie tylko po tym, że nie spuszczała z niego
oczu. Szeptała w tętniącym życiem barze przy akompaniamencie zespołu rockowego,
ale on słyszał wyraźnie każde słowo - Nie wróciłeś - Powtórzyła, stanęła na
palcach, jej wzrok utkwił w jego i zadrwiła - Więc kto kogo zostawił, dupku?
Słysząc
to, obróciła się na obcasie, posłała im wszystkim spojrzenie przesycone jadem,
odwróciła się i przeszła między stołami.
High
patrzył, jak odchodziła, zamrożony.
Jak kochasz mężczyznę,
Millie, wierzysz w niego, bierzesz go takim, jakim jest. Idziesz z nim w podróż
bez względu na to, co się stanie, nawet jeśli oznacza to przejście przez ogień.
Powiedział
to.
Dwadzieścia
lat temu powiedział, że patrząc jej w oczy, czując tak wiele, a gówno widział.
Nie
widział, co było w jej oczach.
Skończyłam z przechodzeniem
przez ogień dla ciebie, High!
Jezu.
Nowina, dupki, nie było
co spieprzyć. Ona przepadła.
Kurwa.
Ona
przepadła.
Wiedział
to. On to widział. Jej dom. Jej ubrania. Jej biuro.
Wracała
tylko wtedy, gdy trzymał ją w ramionach.
Więc kto kogo zostawił,
dupku?
Kurwa!
Oderwał
się od tych myśli w chwili, gdy czyjaś dłoń wylądowała na jego ramieniu.
Odwrócił
się do tego.
–
Bracie – powiedział cicho Tack.
-
Kontroluj. Swoją. Kobietę – wycedził
High, strząsnął dłoń brata i przepchnął się przez bar do drzwi.
Wsiadł
na motocykl, wykręcił i ruszył.
Przejechał
każde czerwone, na każdym pieprzonym
świetle, zanim zaparkował tuż przed domem Millie.
Widział,
że było ciemno.
Uznał
to za niepokojące.
Jezu,
jej twarz w barze.
To
nie był gniew. To nie była frustracja.
To
była udręka.
Wyryta
tam.
Do
tego czasu ukryta.
Wyciekła.
Widział to w jej biurze.
Ale
nadal nie chciał tego widzieć.
Kurwa.
Podszedł
do jej domu, walił w drzwi i robił to długo.
Nic.
Żadne światła się nie paliły, nie wyczuł żadnego ruchu firanki.
Kontynuował
walenie.
Mogła
go ignorować.
Sądząc
po wyrazie jej twarzy w barze, mogła tam być i robić coś innego.
Nie
miał swojego zestawu do wybierania zamków i nie miał czasu, aby go zdobyć. Co
więcej, podczas testowania dowiedział się, że miała zasuwkę, więc karta
kredytowa nie działałaby.
To
oznaczało, że musiał zdjąć swoją kurtkę, owinąć ją wokół pięści i przebić jej szybę
pięścią.
Zrobił
to, otworzył drzwi, pchnął je i wszedł do środka, chrzęszcząc butami po
odłamkach.
Poszedł
prosto do jej sypialni, włączył światło, a jego płuca rozszerzyły się tak
gwałtownie, że pomyślał, że eksplodują.
Wszędzie
było gówno. Rozrzucone ubrania, buty, szuflady otwarte, rzeczy wywieszone.
Pobiegł
do łazienki i zastał tam jeszcze większy bałagan.
Kurwa,
ona to zrobiła, czy ktoś na nią czekał?
Czy
to była walka czy szał?
Czy
ktoś zwracał uwagę na to, co robił High, gdzie chodził, z kim coś robił, i celowali w Millie, żeby dostać się do High’a? Do
Chaosu?
Cholera,
czy Valenzuela w końcu stracił cierpliwość i zagrał?
Z
Millie?
Kurwa,
czy ich szczęście mogło być aż tak do
bani?
Wybiegł
z łazienki, jej sypialni, biegał po domu, szukając włączników, zapalając
światła.
W
pozostałej części domu wszystko było tak, jak być powinno.
Nieskazitelne.
Podszedł
do tylnych drzwi, odsunął zasłonę i zajrzał przez nie.
Brak
czerwonego SUV-a.
Szybko
przeszedł z powrotem przez dom do nieużywanej sypialni, kierując się prosto do
szafy.
Jej
walizki zniknęły.
To
było szaleństwo.
To
była Millie.
To
Millie pakowała się w pośpiechu, by uciec od niego, uciec od Tyry i bzdur jej
ekipy.
–
Cholera… pieprzone… gówno – warknął,
wyciągając telefon.
Wtedy
właśnie High wykonał telefon, którego nie wykonywał od dwudziestu lat.
Zadzwonił
pięć razy, a potem usłyszał - Halo, dodzwoniłeś się do poczty głosowej Millie
Cross z Cross Events. Nie mogę teraz odebrać telefonu, ale zostaw…
Rozłączył
się i spróbował ponownie.
Poczta
głosowa ponownie.
Podszedł
do e-maila z plikiem przesłanym przez Shirleen i wyciągnął go.
Wpatrywał
się w niego, przewijając kciukiem, by znaleźć numer, którego potrzebował.
Postanowił
zacząć od telefonowania. Zobaczy, dokąd go to zaprowadzi i wykona następny
ruch.
Wystukał
więc numer Dottie.
Odebrano
po drugim sygnale i High dostał wkurzony męski głos, który nie zawracał sobie
głowy powitaniem.
-
Wiem, kto to, kurwa, jest i wiem, że twoje gówno jest skończone – stwierdził
mężczyzna - Odeszła. Pozwól jej odejść i przestań mieszać jej w głowie.
High
przyjrzał się swoim butom i rozkazał - Posłuchaj mnie...
Mężczyzna
przerwał mu - Nie masz nic do powiedzenia, co chciałbym usłyszeć. Nic co Dot
chce słyszeć. Jasne jak cholera, że nic co Millie chce słyszeć. To koniec,
człowieku, i w pewnym sensie nie masz wyboru. Więc odpuść.
–
Nie znam cię, koleś – zaczął High - Ale wiem, że nie było cię wtedy w pobliżu,
więc nie wiesz, co się działo, więc nie wiesz, że muszę porozmawiać z Millie i
nie wiesz, jak mam rozmawiać z Millie. Nie masz powodu, by mi zaufać, ale
proszę, żebyś zaufał, że to pilne.
–
Jedyna szansa na przekazanie jej pilnej wiadomości jest taka, że możesz wysłać
sygnały dymne, a ona je odczyta i zobaczy, zanim wsiądzie do samolotu. Dot i
ona są w drodze na lotnisko. Zniknie, zanim zdążysz zaparkować tam swój
motocykl.
Kurwa!
-
DIA? - dopytał High.
–
Daleko od ciebie – odparł mężczyzna - Pierwszym lotem do Nowego Jorku. Drugi lot
to Paryż. Myślę, że to wystarczająco daleko, by mogła zebrać myśli i
uporządkować swoje życie. Ale, człowieku, mówię ci to wyłącznie po to, żebyś
zrozumiał wiadomość. Ona nie wróci. Ona stawia dystans między sobą a tym, co
jest tutaj, co oznacza ją i ciebie, i utrzyma to w ten czy inny sposób, mam na
myśli fizycznie. Denver jest dla niej wspomnieniem, bo ty musisz być dla niej wspomnieniem. A skoro już cię mam, koleś, dzięki - wypluł ostatnie słowo –
Dzięki, że zabrałeś nam naszą dziewczynę. Ciotkę, którą kochają moje dzieci,
siostrę, którą uwielbia moja żona, kobietę, którą poznałem, która nie ma w
sobie światła, ale wciąż ma w sobie dość miłości, by rozświetlić światy ludzi,
którzy się dla niej liczą. To jest teraz dla nas stracone przez ciebie. Dzięki
za to, dupku. Wielkie dzięki.
I
z tym się rozłączył.
High
opuścił na biodro rękę, której palce nadal obejmowały telefon, i przyjrzał się
czubkom swoich butów.
Nie jestem pewna, czy
uda ci się zdobyć paszport w jeden dzień, Logan.
Jak chcesz jechać do
Paryża, znajdę sposób.
Wyjechała
do Paryża.
Z
tego, co ustalili Shirleen i Brody, wiedział, że Millie nigdy nie opuściła
kraju, ale miała paszport.
I
wykorzystała go, żeby pojechać do Paryża.
Bez
niego.
Zostaw mnie z moim
niczym!
High
miał wybór.
Kierować
się sercem i zdobyć tymczasowy paszport, nakłonić Brody’ego do odnalezienia jej
i zabrać swój tyłek do Francji, żeby mógł się dowiedzieć, co się, do cholery, działo.
Albo
kierować się instynktem, wiedząc, że kobieta nie mgła zmienić całego swojego
życia z Paryża. Miała biznes. Miała dom.
Wróci.
A
kiedy wróci, będzie spokojniejsza. Poświęciłaby czas, żeby się pozbierać.
A
on wiedziałby, kiedy by wróciła, bo tym też by się zajął Brody.
Potem
porozmawia z nią w tym popieprzonym, nieskazitelnym domu i wtedy w końcu dowie się, co się, do cholery, działo.
Chciał
kierować się sercem. Widział tylko jej twarz w The Roll. Słyszał tylko jej
słowa drapiące jego duszę.
Ale
już wcześniej kierował się sercem z Millie. Przyjmował ciosy, które zadawała,
nie zwracając uwagi i odszedł, próbując zakończyć ból.
Gdyby
wtedy kierował się instynktem, zwróciłby uwagę. Zobaczyłby. Usłyszałby.
Nie
zostawiłby jej w tyle.
Wiedziałby,
że to wszystko, co wypluła, było gównem i wróciłby.
–
Kurwa – wymamrotał - Przeczucie - zdecydował.
Kosztowało
go to, ale High poszedł z tą decyzją.
Ale
zanim to zrobił, pojechał po swojego pickupa, pojechał do Ride, wziął trochę
sklejki i wrócił do Millie, żeby zabezpieczyć jej drzwi.
*****
Tyra
Poszłam
za Tackiem do naszej sypialni.
Zapalił
światło, podszedł do łóżka, usiadł na nim i pochylił się do butów.
Zamknęłam
za sobą drzwi i stanęłam opierając się o nie.
Jazda
na naszą górę była cicha i niewygodna.
Mój
mężczyzna był zły.
–
Kane… – zaczęłam.
Podniósł
głowę, by na mnie spojrzeć, a ja zamknęłam usta.
–
Mówiłem ci – burknął.
–
Nie rozumiesz, Słonko – powiedziałam cicho.
–
Nie – ugryzł, wstając. – Ty nie rozumiesz, Tyra - Oparł ręce na biodrach - Kurwa,
kobieto, jak możesz, na Boga, stać tam i walczyć o swoją rację po tym, jak
byłaś świadkiem tego, jak potoczyło się twoje popieprzone gówno?
-
Nie mogłoby być tak wiele uczuć, chyba że nie byłoby ich tak wiele, Kane - zauważyłam.
-
Powiedz mi, Ruda, myślałaś o tym, co by było, kiedy się spotykaliśmy,
wypatroszyłabyś mnie i odszedłbym od ciebie, jasno dałbym do zrozumienia, że
nie chcę mieć z tobą nic więcej wspólnego, nawet jeśli położysz głowę pod topór.
Jakaś suka, której nawet, kurwa, nie znałaś, wmieszałaby się w twój biznes,
popychając cię na mnie tylko po to, żebyś przyjmowała uderzenie odstrzelenia cię
raz za razem, a bracia za moimi plecami zadaliby ten sam rodzaj ciosów. Chciałabyś
tego?
–
Jeśli dzięki temu bym cię odzyskała, tak – wyszeptałam – Przyjęłabym każde
uderzenie w kółko i w kółko, aż bym cię odzyskała.
Wpatrywał
się we mnie.
Wytrzymałam
jego spojrzenie i pozwoliłam, by cisza się przeciągnęła.
Potem
to zakończyłam.
–
Powiedz, że widziałeś ją dziś wieczorem – powiedziałam.
Odwrócił
wzrok, przeczesując dłonią włosy.
Widział.
-
Ona cierpi - Powiedziałam mu coś, co teraz wiedział.
Spojrzał
na mnie - Nie nasza sprawa.
-
Kochanie…
Jego
następne było ostrzegawczym szeptem.
–
Nie nasza sprawa, Ruda - Wziął wdech i nie odrywał oczu od moich - Wiesz to.
Wiesz jak to jest. Ci chłopcy, moi bracia, twoi
bracia, oni cię cholernie kochają, mała. Całkowicie cholernie ja ciebie kocham. Ale znasz mężczyzn takich
jak my. Ty cholernie znasz do głębi duszy, mężczyzn takich jak my. Wiesz, że to
gówno nie może być włączone. Twoim celem jest współczucie. Ale z mężczyznami takimi
jak my, twoje metody są nie do przyjęcia - Trzymał moje oczy i ściszył głos do
łagodnego – I wiesz o tym, mała. Więc wiesz, że to nie nasza sprawa.
–
Ona może coś zrobić… – zaczęłam.
Odciął
mnie - Będę miał oko.
Kiwnęłam
głową. Wzięłabym to, ponieważ musiałam, ale także dlatego, że wiedziałam, że on
to zrobi.
–
Skończyłaś? - zapytał.
Potrząsnęłam
głową i zobaczyłam, jak jego szczęka twardnieje.
Ale
powiedziałam mu - Nie podoba mi się to. Ale myślę, że muszę skończyć.
Jego
twarz rozluźniła się, a jego rozkaz był cichy i zachęcający - Przygotuj się do
łóżka, kochanie.
Ponownie
skinęłam głową i zabrałam się do robienia tego.
Dołączyłam
do mojego mężczyzny w łóżku.
Nie
spałam.
Mój
mąż to wyczuł.
–
Musisz się zrelaksować – powiedział.
–
Myślisz, że High zamierza…?
–
Myślę, że to nie nasza sprawa.
Podniosłam
głowę - Tack…
-
Mała. Nie - Dwa słowa, stanowczo. I tak po prostu poszedł - Jesteś tym, kim
jesteś, a ja jestem z tobą właśnie dlatego. Jestem, kim jestem, a ty jesteś ze
mną właśnie dlatego. To, co mamy, działa. Fenomenalnie. Robimy to, co robimy,
jesteśmy tym, czym jesteśmy i czerpiemy z tego przyjemność, bez powstrzymywania
się. Ale to my. To jest Klub. To jest
brat. To samo nie dotyczy braci. Masz swoje miejsce w Klubie. Ja mam swoje.
Znamy swoje miejsca, Ruda, i nie zbaczamy z drogi. Więc dopóki brat nie zrobi
czegoś w naszym interesie, to nie jest nasz interes, tak?
-
Martwię się - powiedziałam.
W
jego ochrypłym głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia, kiedy mruknął – Nie
chrzanisz?
-
Tack - To był kiepski dowcip.
Przyciągnął
mnie mocniej w swoje ramiona i przytulił.
-
High i ja nie widzieliśmy się oko w oko przy wielu okazjach na przestrzeni lat,
ale to nie znaczy, że nie jest Chaosem. Jest Chaosem, do szpiku kości. Jest
bratem mojej duszy. Jak myślisz, co on zamierza zrobić?
Oto
było.
Dokładnie
to, czego potrzebowałam.
-
Zaopiekuje się Millie – szepnąłem.
–
Tak – odszepnął Tack, zaczynając gładzić mnie po włosach.
–
A teraz odpoczniesz i pójdziesz spać?
-
Spróbuję.
Westchnął.
Potem
wtoczył się we mnie.
Tam
wymamrotał - Znam sposób na relaks.
Znał
ich około siedmiu tysięcy.
Zanim
zdążyłam powiedzieć słowo, pochylił głowę w moją stronę, wziął moje usta i
zaczął mnie uspokajać.
*****
High
Następnego
dnia High był z powrotem w domu Millie, kiedy wezwani przez niego mężczyźni
wymienili zbite szkło na kolejną grubą, dociętą taflę.
Dzięki
temu, że wyciągnął dodatkowy klucz, był tam również trzy dni później, kiedy
ludzie, których wezwał, zainstalowali system alarmowy, co oznaczało, że
wszystkie szyby, okna i drzwi w jej domu były zabezpieczone przed włamaniem.
I
odebrał telefon, kiedy Brody powiedział mu, w jakim hotelu się zatrzymała w
Paryżu. Odbierał też więcej telefonów, kiedy używała karty, żeby Brody mógł mu
powiedzieć, gdzie jadła śniadanie, lunch, kolację, wydawała pieniądze, na jakie
wycieczki jeździła, gdzie robiła zakupy i co kupowała.
Na
koniec Brody powiedział High’owi, kiedy miała wrócić.
Dwa
tygodnie.
Musiał
polegać na przeczuciu przez dwa tygodnie.
Mimo
wszystko złożył wniosek o paszport awaryjny.
Na
wszelki wypadek.
*****
Millie
Dwadzieścia jeden lat
temu…
–
Brat jest załamany – stwierdził Dog.
Spojrzałam
z rekruta za barem w kompleksie Chaosu – rekruta, który nie był już rekrutem i
dlatego wszyscy imprezowaliśmy, skoro on i jego nowy brat, Brick, zostali w
pełni wtajemniczeni do owczarni dzień wcześniej – na kanapę, gdzie skierowany
był wzrok Doga.
Boz
siedział zgarbiony, głęboko w siedzeniu, z szeroko rozstawionymi nogami, oczami
skierowanymi w poprzek pokoju.
Dog
miał rację.
Boz
wyglądał na załamanego.
Ktoś
musiał coś z tym zrobić i zdecydowałam, że tym kimś będę ja.
Odwróciłam
się z powrotem do Doga i uśmiechnęłam się – To jest impreza, więc to się nie
może zdarzyć.
Spojrzał
na mnie i mrugnął - Idź po niego, dziewczyno.
Zsunęłam
się ze stołka barowego, chwyciłam piwo i powiedziałam - Tequila. Natychmiast.
Dog
odwrócił się, złapał butelkę tequili z tyłu baru i podał mi ją.
Podniosłam
ją - Doskonałe lekarstwo.
Uśmiechnął
się i mruknął - Bez wątpienia.
Przechyliłam
głowę i odwzajemniłam uśmiech, po czym przeszłam przez pomieszczenie, mijając
stoły bilardowe, w stronę Boz’a, mając stopy w motocyklowych butach, tyłek
zakryty szortami z obciętymi nogawkami, top ledwo zakrywający wiązaniem brzuch.
Kiedy
podeszłam do Boz’a, nawet na mnie nie spojrzał.
Faceci
patrzyli. Przytulali. Dotykali nawet ręką lub biodrem, czasem szarpali za
włosy. Byłam dziewczyną. Pokazywałam skórę. Byli mężczyznami w tym sensie, że
byli mężczyznami.
To
się zdarzało.
Ale
byłam starszą panią, więc zdarzało się to w pewien sposób, który nie
komunikował niczego, co Loganowi by się nie podobało.
To
był szacunek dla niego.
Był
to również szacunek dla mnie.
To
był Chaos.
W
końcu zwróciłam na siebie uwagę Boz’a, kiedy rzuciłam się na kanapę obok niego
i oświadczyłam - Znam chłopca, który wygląda, jakby potrzebował szmerku.
Uśmiechnął
się uśmiechem, który nie sięgnął jego oczu, po czym przechylił głowę w stronę
butelki – Zajmiesz się tym dla mnie?
Podniosłam
tequilę - Absolutnie.
Chwycił
ją, mrucząc - Wdzięczność, siostro.
Siostra.
Westchnęłam
radośnie i skuliłam się obok niego, nasze ciała stykały się od ramion do kolan.
Odkorkował
butelkę, pstryknął zakrętką, a ona przeleciała, a potem poślizgnęła się po
podłodze, niezauważona, kilka kroków dalej.
Patrzyłam,
jak wziął zdrowego łyka.
Kiedy
upuścił butelkę, zapytałam - Wszystko w porządku?
-
Czuję się dobrze, Millie - powiedział przed siebie.
I
kłamał.
Przeniosłam
wzrok z niego na pokój i zobaczyłam imprezę.
Widziałam
też coś jeszcze.
Byłam
starszą panią, więc nie pozwalano mi na wiele rzeczy. Jeśli chłopcy byli u nas
i rozmowa schodziła na coś, o czym nie mogłam wiedzieć, Logan rzucał mi spojrzenie,
które znałam i działałam bez pytania. Następnie wychodziłam poza zasięg słuchu
i szłam na górę, aby słuchać muzyki w naszej sypialni lub szłam do drugiej
sypialni, aby się uczyć.
To
nie znaczyło, że nic nie słyszałam ani nie widziałam.
I
właśnie wtedy zobaczyłam różne rzeczy.
Zobaczyłam
Tacka, Brick’a, Hop’a i Blacka stojący w jednym kącie, skulonych i rozmawiających
z piwem w dłoniach, a nic z tego nie działo się w sposób, który sprawiał
wrażenie, jakby byli na imprezie.
Zobaczyłam
też Naomi, staruszkę Tacka, siedzącą przy stole z Keely, Big Petey’em i Bev,
nową dziewczyną, która kręciła się wokół tego Boza, na którą normalnie
zwracałby uwagę, gdyby nie był w kiepskim nastroju. Keely, Bev i Big Petey
kręcili gówno. Naomi skupiła całą swoją uwagę na swoim staruszku i nie
wyglądała na szczęśliwą.
Kobieta
rzadko wyglądała na szczęśliwą, ale w tym przypadku wyglądała na mniej
szczęśliwą.
I
na koniec, w innym kącie, zobaczyłam Chew i Arlo rozmawiających z moim mężczyzną.
Stali
razem z Crank’iem.
Crank
był prezydentem Chaosu. Crank był porządnym facetem, ale był też takim, który
mnie trochę przerażał.
Nie
mogłam tego określić, ale każdy brat, którego znałam, był autentyczny. Byli kim
byli i pokazywali to, bez bzdur.
Mam
dziwne wrażenie, że coś sprawiało, że Crank wchodził głębiej, być może
mroczniej. To uczucie mówiło mi, że nie podzielał tego wszystkiego. I to było
tak szorstkie w porównaniu z tym, jak wszyscy inni bracia byli, że mnie to
przeraziło.
Patrzyłem
i widziałem, że Crank właśnie wtedy nie zwracał uwagi na Chew’a, Arlo ani
Logana, którzy również tam skulili się i rozmawiali.
Wpatrywał
się w Tacka w sposób, który mnie przerażał.
Nie
wiedziałam, co to oznaczało. Wiedziałam tylko, że Brick i Dog byli świeżo
upieczonymi braćmi. Hop też.
I
wszyscy zostali zrekrutowani przez Tacka.
Wszyscy
bracia mogli zaproponować mężczyznę na rekruta, ale Tack był zajęty przez
ostatnie kilka lat.
Wiedziałam
też, że Chew, Arlo, Boz i Logan zostali zwerbowani przez Cranka.
Podobnie
Black.
Ale
Black stał z Tackiem.
Dochodziło
do rozłamu. Czułam to. To nie było napięcie, nic z braćmi nie było tak
wyczuwalne.
Ale
był klimat.
W
Klubie wiele się zmieniło. Sklep i warsztat robiły się coraz bardziej ruchliwe,
Klub naciskał na to, co oznaczało, że Logan pracował więcej. Oznaczało to
również, że skoro bracia podzielili się po równo zyskami, on (co się
przekładało na nas) zarabiał więcej pieniędzy.
Bardzo
dużo więcej pieniędzy.
Chociaż
to, że było ich więcej, oznaczało, że Logan był o wiele bardziej zajęty niż
kiedykolwiek wcześniej sprawami Klubu, które nie miały nic wspólnego ze sklepem
ani warsztatem.
Odnosiłam
wrażenie, że mu się to podobało, a jednocześnie miałam sprzeczne wrażenie, że
go to niepokoiło. Miałam też poczucie, że cokolwiek to było, było
przedsięwzięciem zarabiania pieniędzy, które nie miało nic wspólnego ze
sprzedażą materiałów eksploatacyjnych do samochodów i budowaniem
niestandardowych motocykli i samochodów, a nawet uprawą i sprzedażą trawki.
Logan
o tym nie mówił, a ja wiedziałam, że nie będzie mówił, więc nie pytałam, więc
nie wiedziałam.
To
mnie niepokoiło.
Ta
obawa nie była głęboka. Nie byłam nakręcona i się nie martwiłam. Nie
kwestionowałam rzeczy. Znałam tych mężczyzn. Znałam tę rodzinę.
Wiedziałam
też, że byli motocyklistami, żyli we własnym świecie, mieli własne zasady i
robili rzeczy po swojemu, a te rzeczy były tym, co cholernie chcieli robić.
Wreszcie,
wiedziałam, że jeśli pozostaną solidni i silni, mogli zrobić wszystko, do diabła,
na co mieli ochotę. W rzeczywistości ich więź była tak potężna, że gdyby
trzymali się razem, mogliby osiągnąć wszystko.
Wreszcie,
wiedziałam, że jeśli pozostaną solidni i silni, mogą zrobić wszystko, do
cholery, na co mają ochotę. W rzeczywistości ich więź była tak potężna, że
gdyby trzymali się razem, mogliby osiągnąć wszystko.
To
była część, która mnie niepokoiła.
Bo
wyczuwałam rozłam. Wyczuwałam, że Boz nie wiedział, w którą stronę się pochylał.
I zobaczyłam, że wydawało się, że Logan rzucił swój los na więź z Crank’iem i
nie wiedziałam, czy to był właściwy wybór.
Popijałam
piwo, wpatrując się w mojego mężczyznę, obserwując, jak kiwał głową na coś, co
mówił Arlo, pogrążona w tych myślach, dopóki nie poczułam, jak Boz trącał mnie
kolanem.
Spojrzałem
na niego i widząc to, co zobaczyłem w jego oczach, wstrzymałem oddech.
–
Zawsze będzie dobrze – powiedział cicho.
–
Okej – odpowiedziałam równie cicho.
-
High sprawi, że tak będzie dla ciebie, kochanie. Wiesz to. Tak?
W
Klubie coś było nie tak.
Ale
wiedziałam, że to, co powiedział Boz, było słuszne.
I
to było wszystko, czego potrzebowałam.
–
Tak – szepnęłam.
Uśmiechnął
się do mnie i znów nie dosięgło to jego oczu.
Potem
uśmiechał się dalej i w końcu nawiązał do tego, kiedy zaoferował mi butelkę
tequili.
-
Czas nas nawalić, ślicznotko – oświadczył.
Wzięłam
od niego butelkę i odpowiedziałam - Nie padły żadne prawdziwsze słowa.
Potem
wychyliłam zdrowego łyka.
–
To moja dziewczyna – stwierdził Boz, a kiedy na niego spojrzałam, w jego oczach
błyszczał humor i aprobata. Jego wcześniejszy wyraz niepewności i niepokoju
zniknął.
Wykonałam
swoją pracę.
Więc
podałam mu butelkę i wsunęłam się głębiej w kanapę, wtulając się w Boza, gdy on
przesunął się, by otoczyć mnie ramieniem, a ja przesunęłam się, by podwinąć
nogi na siedzeniu, opierając głowę na jego ramieniu.
–
Nie czuj się zbyt wygodnie – ostrzegł, ściskając mnie - Po kolejnych kilku strzałach,
skopię ci tyłek w bilard.
-
Do diabła nie skopiesz - odparłam - Będziemy mieli piętnaście i dwanaście, kiedy
to ja miałam piętnaście i miałam zamiar zrobić szesnaście.
-
Głupie gadanie.
–
Zobaczysz – mruknęłam, wypijając więcej piwa.
Kiedy
skończyłam, tequila była przed moją twarzą i wzięłam butelkę od Boza.
Wychyliłam
też kolejną rundkę.
Kiedy
z tym skończyłam, mój wzrok padł na mojego mężczyznę.
Uśmiechał
się do mnie, jego uśmiech był zadowolony i nie był zmartwiony.
Wiedziałam
to wcześniej, ale wtedy wiedziałam jeszcze bardziej.
Boz
miał rację.
Cokolwiek
działo się w Klubie, działo się.
Ale
Logan zadbałby o to dla mnie. To nigdy by mnie nie dotknęło.
Nigdy.
Nigdy.
Dziękuję, nadal czekam o co tak naprawdę chodzi. Dawno nie było tak zawiłej historii. Jestem zawiedziona postawą chłopców z Chaosu
OdpowiedzUsuńDziękuję ❤️ wciągająca historia..
OdpowiedzUsuńBronią swojego, chociaż robią to po trupach (a przynajmniej jednym - Millie) :(
Usuń