sobota, 29 kwietnia 2023

23 - Jak każda dobra starsza pani powinna (cz.1)

 

 ROZDZIAŁ 23

Jak każda dobra starsza pani powinna (cz.1)

High

 

- Tato, oni powiedzieli, że jesteście przyjaciółmi.

– Cicho, Zadie.

– Ale powiedzieli, że cię znają.

- Cicho!

Jego słowo było rykiem i zobaczył, jak jego dziecko podskoczyło ze strachu.

Cholernie tego nienawidził.

Ale on i jego dziewczyny właśnie wrócili do środka domu po wyjściu z przodu, gdzie Zadie powiedziała mu, że dwóch mężczyzn miało Millie.

Kiedy w końcu pobiegł sprintem na jej frontowy podjazd, sąsiad stał na ich podwórku i patrzył w dół drogi. Widząc High’a i jego dziewczyny, sąsiad krzyknął, że widział, jak ktoś wpychał Millie, która wydawała się nieprzytomna, do SUV-a.

Potem zapytał - Chcesz, żebym zadzwonił na policję?

To było najgłupsze pieprzone pytanie, jakie High kiedykolwiek w życiu słyszał. Mężczyzna patrzył, jak jego nieprzytomna sąsiadka była wpychana do SUV-a. Oczywiście, że powinien wezwać jebane gliny.

High nie odpowiedział. Nie mógł. Miał zerową kontrolę.

Właśnie wkroczył do domu, a jego dziewczyny za nim i wyciągnął telefon.

Zaczął od straszenia swojego dziecka.

Ale nie mógł o tym myśleć, ponieważ usłyszał „Yo” w swoim uchu.

– Valenzuela przysłał kilku ludzi – powiedział Tackowi niskim, szorstkim i napiętym głosem – Byłem na tyłach z Cleo. Wywabili Zadie z domu od frontu. Millie to zobaczyła i wyszła, żeby ją chronić. Zadie uciekła, a sąsiad właśnie poinformował mnie, że widział, jak zabierali SUV-em nieprzytomną Millie.

– Zajmę się tym – stwierdził pospiesznie Tack.

High odwrócił się plecami do dziewczyn i zaczął krążyć po korytarzu, mówiąc cicho - O, nie. Kurwa, nie. Sprowadź tu Tyrę albo jakąś pieprzoną starszą panią, nieważne kogo, żeby zaopiekowała się moimi dziewczynami. Dostali Millie. Ja się tym zajmę.

– Tego właśnie chcą, High – powiedział Tack.

- Tak. I to właśnie dostaną – odpowiedział High.

- Bracie…

– Sprowadź tu… starszą… panią.

- Jedziesz z nami - oświadczył Tack.

– Wyjeżdżam za pięć minut. Nie przywieziesz tu starszej pani, podrzucam dziewczyny do Deb i zajmuję na tym.

- Jasne, High.

High rozłączył się i wrócił do salonu.

Zrobił to z niedziałającym mózgiem.

Robiłabym to każdego dnia, tak bardzo warto było przechodzić dla ciebie przez ogień.

Wiedział, co miała na myśli i nie chodziło o to, że był z powrotem w jej domu, w jej łóżku, w jej ramionach.

Chodziło o to, że miała go z powrotem, jego córki śpiące w jej pokoju gościnnym, dając mu dzień taki jak on miał tamtego dnia. Dając mu wszystko, czego kiedykolwiek pragnął.

Zatrzymał się w salonie, nie mogąc patrzeć na dwie piękne córki, dla których jego kobieta poświęciła dla niego lata.

Zamiast tego opuścił głowę i podniósł rękę, by owinąć ją wokół karku, zamykając mocno oczy z przyjemności, która teraz mogła zmienić się w ból, gdyby coś jej się stało, słysząc, jak jej słowa wstrząsały jego mózgiem.

Valenzuela był szaleńcem. Valenzuela zaczynał się niecierpliwić.

I Valenzuela nie był głupi.

High był słabym ogniwem. Popchnięty, High był prawdopodobnie ostatnim bratem Chaosu, który by to stracił, spieprzył wszystko i zrobił wszystko, cokolwiek, by uratować swoją kobietę.

A kiedy to by się stało, zemściłby się.

Ale było coś więcej.

Skurwysyn wywabił jego córeczkę z domu.

Kurwa tak.

Słabym ogniwem był High.

Ratunek.

Potem zemsta.

- Nie miała na myśli nic złego.

Drżące słowa Cleo sprawiły, że High wyprostował głowę i opuścił rękę, by skupić się na swoich dziewczynach w fotelu Millie, trzymających się nawzajem, a Zadie miała twarz przyciśniętą do piersi siostry, gdy jej ciałem wstrząsały ciche łzy.

- Nie miała, tatusiu - kontynuowała Cleo - Powiedziała mi wczoraj wieczorem, kiedy leżałyśmy w łóżku, że uważa Millie za fajną. Nie była zła. Po prostu była… - Jej twarz i głos mówiły, że wiedziała, że reszta była słaba - Może nie za mądra.

Stłumiony szloch dobiegł od Zadie, co oznaczało, że nogi High’a przeniosły go do ich fotela.

Cleo patrzyła, jak to robił, trzymając się siostry. Zadie wyczuła, że to robił i zatopiła się głębiej w Cleo.

Bała się swojego staruszka.

Tego też nienawidził.

O, tak.

Zemsta.

Uklęknął przed nimi.

– Spójrz na mnie, Zadie.

Zajęło jej to chwilę, ale zrobiła to tylko lekko wykręcając szyję, żeby mogła zerknąć na niego, kiedy była wciąż przyciśnięta do piersi jej siostry.

– Później porozmawiamy o tym, że nie rozmawiasz z mężczyznami, których nie znasz, kochanie. Chociaż myślę, że to lekcja, której już się dzisiaj nauczyłaś i wiem, że nie chciałaś zrobić nic złego. To nie twoja wina, Zadie. To, co się stało, nie jest twoją winą. Ale teraz najważniejsze jest to, żebyś opowiedziała mi o mężczyznach, którzy porwali Millie.

Wzięła urwany oddech, a High walczył z zaciśnięciem zębów, bo wydawało mu się, że wciągnięcie tego zajęło jej tydzień.

Potem wyjąkała - Byłam… byłam dla niej p-podła.

Kurwa.

- Poradziłaś sobie z tym, Zadie - przypomniał jej - Teraz nie o to chodzi. To skończone. Teraz musisz mi opowiedzieć o tych mężczyznach.

- Nie wiedziałam, że… t-to byli z-źli ludzie. Nigdy, tatusiu, nigdy nie byłabym taka wredny, żeby wyjść, żeby Millie wyszła za mną. Ona jest… Millie, ona jest… Tak. Powiedziałam Clee-Clee, że jest spoko. A ja byłam dla niej niemiła. Robiłam złe rzeczy. Przestraszyłam ją o Chief’a. Ale teraz ją lubię. Ona jest ładna. Ma super ładny dom. Ma śliczne kotki, z którymi pozwala nam się bawić. Ale nawet gdybym jej nie lubiła, nigdy nie byłabym taka wredna.

– Zadie – powiedział, zmuszając swój głos do złagodzenia i podnosząc rękę, by położyć ją na jej plecach - Wiem, że nie miałaś na myśli niczego złego. Nie masz kłopotów. Ale muszę wiedzieć o tych mężczyznach.

- K-krzyczałeś na mnie - wyszeptała.

Jego głos był stanowczy, a jego cierpliwość się wyczerpała, nie mógł załagodzić krawędzi, kiedy stwierdził - Zadie, tu nie chodzi o ciebie. Będą chwile w twoim życiu, liczne, kiedy nie będzie chodziło o ciebie. Musisz się do tego przyzwyczaić i zrobić to teraz, kochanie, bo to jedna z tych chwil. Wielka. A teraz kop głęboko, jak wiem, że potrafisz, i opowiedz mi o tych mężczyznach.

- Oni... oni byli Meksykanami – powiedziała.

Miał rację.

Valenzuela.

- Starsi? Młodsi? - zapytał.

– Młodsi od ciebie – odpowiedziała.

Valenzuela był prawie w jego wieku.

To oznaczało żołnierzy.

- Ładnie ubrani? - ciągnął.

Skinęła głową.

– Kolor ich SUV-a, pamiętasz? - popchnął.

– C-czarny – powiedziała.

– Widziałaś typ SUV-a?

Potrząsnęła głową.

- Co ci powiedzieli? - trzymał się swojej dziewczyny.

- Tylko to… to… - Zacisnęła usta i kiedy High był bliski całkowitej utraty cierpliwości, kontynuowała - To byli twoi przyjaciele i mieli coś dla ciebie w samochodzie. Prezent. Niespodzianka. Coś specjalnego. Poprosili mnie, abym po nią poszła i przyniosła ją do ciebie. Wiem, że to było głupie – wyszeptała ostatnie, brzmiąc na pokonaną – Ale ja… ja… – Wepchnęła się w siostrę - To miła okolica. Millie ma naprawdę ładny dom. Wydawali się mili - Wzięła kolejny urwany oddech - Nie sądziłam, że są źli.

Po prostu nie pomyślała. Wiedziała to. Nawet jak High wbijał jej do głowy gówno, żeby nie rozmawiać z nieznajomymi, odkąd mogła myśleć.

Z drugiej strony, dziesięciolatka nie powinna wiedzieć, jakie zło może zapukać do drzwi w każdej okolicy.

- Czy Millie...? - Cleo wzdrygnęła się i zwróciła uwagę swojego staruszka, zatrzymała się, po czym kontynuowała - Czy Millie zrobiła coś złego?

Tylko takie złe, jakie on jej dał.

Ale to gówno nigdy nie powinno dotykać jego dziewczyn. Którejkolwiek z nich. Nigdy nie powinien znajdować się w sytuacji, w której mógłby odpowiadać na pytania, które prowadziłyby do takich odpowiedzi, jakich musiał udzielić.

To też była wina Valenzueli.

– Nie – powiedział swojej dużej dziewczynce - Millie jest dobra do szpiku kości.

- Więc dlaczego…? - Cleo zaczęła.

– To nie na teraz, Cleo – stwierdził High, prostując się.

- Czy ona…? - To była Zadie i spojrzał na swoje dziecko, które odsuwało się od siostry, patrząc na tatę – Myślisz, że nic jej nie będzie?

Wiedział, że lepiej, żeby nie było.

– Nic jej nie będzie – powiedział jej.

Jej wargi zadrżały.

Zadzwonił jego telefon.

Odsunął się od nich, patrząc na to. Gdy zobaczył imię dzwoniącego, odebrał.

- Gdzie jesteśmy? - zapytał na powitanie.

– Keely jedzie – powiedział mu Tack - Bracia spotykają się w Kompleksie. Mitch i Slim zostali poinformowani.

High zatrzymał się obok kanapy Millie - Keely?

– Jest najbliżej ciebie – wyjaśnił Tack. – Powinna być za kilka minut.

Dziewczyny spotkały Keely tylko kilka razy. Ledwo ją znały. Co więcej, po tym, jak straciła Blacka, wciąganie jej w bałagan Chaosu nie było fajne.

Wolałby Tyrę, Lanie, Tab, Elvirę.

Musiał przyjąć Keely, bo musiał się stamtąd wydostać.

Trzymał się w kupie, ale tylko dlatego, że jego dziewczyny patrzyły. Wewnątrz miał wrażenie, że zaraz wyjdzie ze skóry.

– On jej nic nie zrobi, bracie – zapewnił go Tack.

High chciał, żeby to była prawda.

Ale Valenzuela był gotowy do akcji. Przynosił to. Naciskał, żeby Chaos to odepchnął.

Co oznaczało, że wszystko mogło się zdarzyć.

*****

Millie

Siedziałam zwinięta w kłębek na łóżku w pokoju motelowym, który nie był aż taki ładny, ale też nie był nędzny.

Robiłam to i nie spuszczałam wzroku z Benito Valenzueli, który stał w drzwiach ze swoimi poplecznikami.

Inny mężczyzna, który był jeszcze bardziej przerażający niż Valenzuela, stał w kącie, przyglądając się całej scenie (innymi słowy, nie spuszczając oka ze mnie i akcji przy drzwiach), nawet gdy kobieta szła w moją stronę.

Zwróciła moją uwagę, kiedy usiadła na skraju łóżka.

Była prostytutką.

Nie miała na sobie rozciągliwego stroju Julii Roberts i kozaków do uda z Pretty Woman, ale mimo to była mocno umalowana, a jej ubrania były odsłaniające ciało, a była niedziela, nie było nawet południa, więc nie pomyślałam, żeby odgadywanie jej zawodu polegało na wyciąganiu pochopnych wniosków.

– Mam trochę lodu z automatu na zewnątrz – powiedziała cicho, podając mi mokry, gruby ręcznik – Powinnaś założyć to na oko, kochaniutka.

Miała rację.

Wzięłam lód i przyłożyłam go do oka.

Potem odwróciłam jedno oko, którym wciąż mogłam widzieć, w stronę Valenzueli, kiedy usłyszałam, jak szeptał - …zrobię to z tobą po tym kolosalnym spieprzeniu.

- Powiedziałeś wymusić, szefie – odpowiedział ten, który mnie złapał.

- Chciałem ją przestraszyć, a nie pieprzenie porwać – warknął Valenzuela.

- Mimo to myślę, że to wymusi, Benito – powiedział ten, który mnie uderzył - Chaos tego nie odpuści.

Poczułam coś i oderwałam wzrok od rozmowy przy drzwiach, by spojrzeć na kobietę siedzącą ze mną na łóżku w niezbyt obskurnym motelu.

– Nie odpuszczą, prawda? – wyszeptała i nie brzmiała na szczęśliwą.

Właściwie brzmiała na absolutnie, stuprocentowo przerażoną.

Biorąc pod uwagę, że byłam taka, a nawet więcej, nie potrzebowałam, żeby świrowała ze mną.

– Mam rację – powiedziała, kiedy nie odpowiedziałam, i nadal szeptała - Jesteś starszą panią. Zrobią najazd.

Mieli zrobić najazd.

A ja potrzebowałam, żeby zrobili najazd. Potrzebowałam Logana, żeby przyjechał i zabrał mnie, a, żeby uczynił to bezpiecznie dla niego i dla mnie, on potrzebował swoich braci.

Nadal byłam przerażona tym, co oznaczał najazd Chaosu.

Nie odpowiedziałam jej, częściowo dlatego, że nie chciałam o tym myśleć, ale głównie dlatego, że wyczułam ruch, więc spojrzałam w stronę drzwi.

Najwyraźniej nasza rozmowa, nawet szeptana, zwróciła uwagę Valenzueli.

Świetnie.

Podszedł do mnie, zatrzymał się przy łóżku, rzucił przelotne spojrzenie na prostytutkę, a ona zwolniła swoje miejsce i pobiegła na obcasach na platformach prosto do drzwi.

Nie odebrałam tego jako dobry znak.

Mimo to nie spuszczałam wzroku z Valenzueli, mojej pozycji na łóżku i lodu na opuchniętej twarzy.

– Który postanowił cię zabrać? – zapytał, kiedy drzwi się zamknęły, za moją niezwykłą Florence Nightingale.

Zacisnęłam usta.

Potem przycisnęłam się do wezgłowia łóżka, kiedy nagle pękł tuż przed moimi oczami, pochylił się w moją stronę, jego twarz wykrzywiła wściekłość, oczy płonęły i grzmiał - Który cię zabrał?

O mój Boże.

Był totalnie szalony.

- T-ten - odpowiedziałam, podnosząc rękę, by wskazać tego, który mnie trzymał.

Valenzuela odchylił się do tyłu – Czy on też cię uderzył?

Potrząsnęłam głową.

- Więc Pedro cię wziął, Carlos cię uderzył - stwierdził, a wszystkie dowody jego wściekłości zniknęły, a to było wypowiedziane rzeczowo.

Boże, przerażał mnie, ale ten odwrót przestraszył mnie na śmierć.

Tak więc, nawet jeśli wydawało się, że nie zamierza mnie bardziej ranić – w rzeczywistości był wkurzony, że w ogóle zostałam porwana i zraniona – uznałam, że rozsądnie będzie się jeszcze nie odprężać, bo ten facet był wyraźnie pieprzonym świrusem.

Nie miałam pojęcia, jak bardzo miałam rację.

Nie miałam też pojęcia, że nie powinnam była potwierdzać jego stwierdzenia, nawet gdy nie wiedziałam który jest który, Carlos i Pedro.

Nie powinnam była się nawet odzywać.

Ale zrobiłam jedno i drugie.

- Tak - powiedziałam.

I właśnie wtedy, właśnie tam, mężczyzna skręcił tułów, robiąc to, kiwając głową drugiemu mężczyźnie w pokoju.

Spojrzałam w tamtą stronę, gdy facet sięgnął pod marynarkę i wyciągnął dłoń z pistoletem.

Zanim zdążyłam się naprężyć lub otworzyć usta, by krzyknąć, podniósł go. Usłyszałam dwa dziwne, głośne dźwięki, po których natychmiast nastąpiły znacznie mniej pożądane dźwięki, a jednocześnie moje oczy skierowały się w stronę drzwi. Widziałam krew i mózgi rozbryzgujące się na ścianach, a Pedro i Carlos opadli na dywan.

Upuściłam lód i gorączkowo powłóczyłam się tyłem na łóżku, zszokowana, że mogłam się ruszyć, bo czułam, jakby moje ciało zamarzło do kości, jednocześnie przerażona, że z tego powodu moje kończyny zaraz pękną. Mój mózg był tak przesycony obrazami rzezi, że nie mogłam określić, dokąd zmierzałam i spadłam z łóżka.

Zerwałam się na równe nogi, gdy Valenzuela odwrócił się do mnie. Umysł w chaosie, moimi jedynymi myślami były ucieczka i mrożąca krew w żyłach wiedza, że takiej nie było.

- Przestań się ruszać. Nie zrobię ci krzywdy – rozkazał.

Ruszałam się dalej, przygotowując się do lotu.

Sięgnął do marynarki, wyciągnął własną broń i uniósł ją w moją stronę.

- Przestań… kurwa… się ruszać.

Automatycznie przestałam się ruszać.

Odwrócił głowę i wskazał brodą na jedyną żywą osobę w pokoju.

Gapiłam się, szok zaczął mnie ogarniać, moje ciało zaczęło drżeć, gdy facet również chłodno opuścił podbródek, podszedł do drzwi i wyszedł, zamykając je za sobą.

- Jesteś w Motelu Mile Hi w pokoju numer dwieście szesnaście – stwierdził Valenzuela, a moje spojrzenie wróciło do niego - Dzwonisz do swojego motocyklisty, mówisz im, gdzie cię znaleźć, mówisz im, że to przez nich - Wycelował broń w kierunku dwóch martwych ciał na podłodze, a potem z powrotem w moją stronę – Powiedz im, że nie zamówiłem tego, co się dzisiaj stało. Powiedz im, że Carlos i Pedro działali sami. Powiedz im, że nie byłem zadowolony z tego powodu i zadbałem o ich ukaranie.

Ukarał ich?

To był jego rodzaj kary?

Gapiłam się na niego, nagle zdając sobie sprawę, że nie tylko trzęsłam się od koniuszków włosów po paznokcie u stóp, moja klatka piersiowa unosiła się i opadała z płytkimi oddechami, ale też moje palce sprawiały wrażenie, jakby spały, ale budziły się, mrowiąc w sposób, który muskał krawędź z bólu.

Ale to, co zobaczyłam, gdy wpatrywałam się w jego twarz, nie było strachem.

Nie bał się zemsty Chaosu za błąd popełniony tego dnia przez jego ludzi i nie dlatego zadbał o to, by nie postradali zmysłów.

To było coś innego.

I właśnie wtedy przeszłam od przerażenia z mózgu do przerażenia aż do kości.

– Powinieneś opuścić miasto – wypaliłam.

Upuścił broń, co było ulgą, ale uśmiechnął się też przerażającym uśmiechem, co nie było ulgą.

- Dziękuję za radę, ale chyba zostanę – odpowiedział.

Niezależnie od faktu, że nie chciał, aby moja bardzo dobra rada przeniknęła – skoro byłam świadkiem podwójnego zabójstwa jego sługusów i starszą panią członka bandy braci, którzy traktowali rodzinę i jej ochronę naprawdę cholernie poważnie, więc wiedziałam, o czym mówiłam – szłam dalej.

- Nie dotykasz starszych pań.

- Nie zrobiłem tego.

To była prawda.

- Twoi faceci wabili Lo… to znaczy High’a córkę do ich samochodu - podzieliłam się.

Jego szczęka stwardniała.

Nie wiedział tego.

Moje ciało też się napięło. Albo mocniej.

Potem jego szczęka się rozluźniła – Kolejna porażka – stwierdził – I jak widzisz, już więcej czegoś takiego nie zrobią.

Kolejna prawda. Duża.

Oderwałam wzrok od rzezi dzielącej ze mną pokój, więc mogłam zachować spokój.

- Nie mam na myśli nic obraźliwego. Jestem pewna, że o tym wiesz – zaczęłam – Ale ty nic dla mnie nie znaczysz. Mimo to, jak to wszystko rozegra się tak, jak wiem, że tak się stanie, ludzie, na których mi zależy, będą zmuszeni robić rzeczy, których nie chcą robić. To dobrzy ludzie. Ale tego tak nie zostawią - Ostrożnie wskazałam podłogę pod stopami - Oni na to nie pozwolą i nie powinieneś ich lekceważyć. Nie ma mowy, żebyś wygrał.

– I tu się mylisz.

Gapiłam się na niego.

Wierzył w to.

Całkowicie.

Po mojej skórze przebiegł dreszcz, a ja próbowałam dalej.

– Nie wygrasz, Valenzuela. Poważnie, uwierz mi. Znam ich od dawna. Jak są zjednoczeni, braterstwa nie da się pokonać.

- Wiele bractw czuło to samo i tak postępowało, aż upadło.

Patrzyłam mu w oczy i czytałam tam wszystko.

Nie zamierzał się poddać. Nie zamierzał odejść. Nie zamierzał się zatrzymać. Był słaby, z mężczyznami źle interpretującymi jego rozkazy, w obliczu kobiety, która mogła zagwarantować mu pobyt w więzieniu, kiedy został złapany, a ja zeznałabym, że zlecił zabójstwo dwóch mężczyzn.

Nadal nie zamierzał przestać.

Nie, dopóki to by się nie skończyło, jakkolwiek by to się stało.

Było w tym coś przerażająco złego. Był człowiekiem, który położył wszystkie żetony w puli, trzymając w ręku słabe karty.

Ale zachowywał się, jakby miał asa w rękawie.

– Musisz uważać – szepnęłam.

– Ach, Millie, twoja troska jest wzruszająca. Ale nie martw się. Jestem bardzo ostrożny.

- Nie – odparłam - Chodzi mi o to, że jeśli skrzywdzisz jego, skrzywdzisz High’a, skrzywdzisz któregokolwiek z nich, a ja skrzywdzę ciebie.

Uznał to za zabawne, tak bardzo, że było to niewiarygodnie obraźliwe.

Uśmiechając się szeroko, przechylił głowę na bok – Grozisz mi, kiedy trzymam broń?

– Znowu się mylisz – powiedziałam, kręcąc głową - To szalone, ale próbuję uratować ci życie. Poważnie, powinieneś wyjechać z miasta.

– Nie poddam się Chaosowi – powiedział z całkowitą pewnością.

- Jeśli nie odejdziesz i nie upadniesz przez Chaos, nadal upadniesz.

- Jak pizda Chaosu przyjdzie po mnie po tym, jak sprowadzę ten Klub na dno, to będzie sprawa, którą też będę musiał się zająć.

Pizda.

Powiedział to słowo już wcześniej.

To nie było miłe.

Mnie też to wkurzyło.

Wyprostowałam kręgosłup i wyprostowałam ramiona, mówiąc - Będzie tylko jedna burza potężniejsza niż ta, którą rozpętali dzisiaj twoi ludzie. Nie zadzierasz ze starszą panią. Zdecydowanie nie zadzierasz z mężczyzną starszej pani.

Nadal był rozbawiony - Po tym, jak zajmę całe Denver, będzie to interesujące wyzwanie.

Mógł mieć asa.

Ale jego karty wciąż były słabe.

– Widzę twoją słabość – powiedziałam.

To też go bawiło. Bardzo.

Uniósł brwi nad tańczącymi oczami.

- Mam słabość? - zapytał z niedowierzaniem.

– Chyba nie wierzysz, że pizda ma mózg – powiedziałam.

- Nietrudno na ciebie patrzeć, Millie, ale nie jesteś zbyt inteligentna, patrząc na to, gdzie jesteś, jak się masz, jak rozmawiasz ze mną w taki sposób.

– Chyba nie wierzysz, że pizda ma mózg – powtórzyłam - Więc nie możesz wiedzieć, że je mamy i mamy też serca. A jeśli nic z tego nie wiesz, nie wiesz też, że zachowujemy wredną urazę.

– Wiem o tym – powiedział w sposób, który sprawił, że moja skóra na całym ciele napięła się - Rozkazałem zabić dwóch moich żołnierzy. Zrobiłem to ze świadkiem. Zrobiłem to, wiedząc, że Chaos stał się cipką, zabierając ich tyłki na policję. Więc wiem, że podzielisz się wiedzą z Mitch’em Lawson’em i Brock’iem Lucasem. I gówno mnie to obchodzi.

To było szalone.

Mój głos był wysoki, gdy zapytałam - Wierzysz, że jesteś nietykalny?

- Wierzę, że jak usunę Chaos z drogi, będę rządzić Denver. A jeśli będę musiał usunąć Chaos wraz z Lawson’em, Lucasem i Delgado, aby to zrobić, to będzie zrobione.

Delgado?

Hawk Delgado?

Szef Elviry?

Co on miał z tym wszystkim wspólnego?

Nie pytałam o to.

Powiedziałam - Więc zostawisz mnie przy życiu.

Przechylił głowę na bok i zapytał - Co widziałaś?

Wiedział, co widziałam, skoro to się stało pięć minut temu i nie sądziłam, że było mądre przypominać mu, że to widziałam, ale miałam wrażenie, że miał plan i w tym planie nie wyrządzał mi dalszej krzywdy, więc powiedziałam - Kazałeś swojemu człowiekowi strzelać do nich i zrobił to.

- Nie było mnie tutaj w pobliżu, a ten człowiek nie istnieje.

Jedno i drugie było błędem, ale miałam przeczucie, że mógł to udowodnić, co mówił, więc miał rację.

Mówił dalej.

- W rzeczywistości później dzisiaj pojawi się mężczyzna, który wystąpi, przyznając się do tych zabójstw. Będzie miał broń, którą użyto. I opowie o tym, jak to zrobił w odwecie za to, co ci zrobiono.

Gapiłam się na niego jeszcze trochę.

Słyszałam o takich rzeczach. Widziałam to w telewizji. Zły facet płacący komuś za winę, być może obiecujący zaopiekowanie się rodziną, robiący wszystko, aby było to warte poświęcenia.

– W każdym razie, Millie – ciągnął - zwycięstwo nie jest tak naprawdę zwycięstwem, chyba że pozostaną przegrani.

– Więc zostawisz mnie przy życiu – powtórzyłam.

– Tak – potwierdził.

Dobra, skończyłam więcej niż trochę.

– Czy mógłbyś to zrobić mniej więcej teraz? - poprosiłam.

Uśmiechnął się, zanim wystraszył mnie, mówiąc - Wiesz, myślę, że naprawdę cię lubię.

– Po powrocie do domu całkowicie wezmę trzy godzinny prysznic – mruknęłam.

Wybuchnął śmiechem.

Nie poruszyłam ani mięśniem.

Przestał się śmiać, podniósł broń, a ja pozostałam nieruchoma, z oczami utkwionymi w jego broni, kiedy wymachiwał nią do mnie.

- Tak, lubię cię. Rozumiem Judd’a. Nie rozumiem tych dwóch zarozumiałych suk, które prowadzą Allena i Kincaida za kutasy. Ale ty możesz być zabawna.

Nic nie mówiłam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć.

Chociaż pomyślałam, że może powinnam kazać mu mówić. Doszłam do wniosku, że im więcej się ze mną bawił, tym dłużej będzie się tu kręcił, a wiedziałam, że Logan, Chaos i więcej niż prawdopodobne, kumple Chaosu z policji rozdzierali Denver na strzępy, żeby nas znaleźć. Jeśli chciał stać i rozmawiać, kiedy to robili, to nie ja zamierzałam go powstrzymywać.

Chociaż żałowałam, że upuściłam lód. Oko bolało mnie jak cholera.

- Nie masz odpowiedzi? - podpowiadał.

- Oko jakby trochę mnie boli, a ta rozmowa zdecydowanie robi się nudna - odpowiedziałam.

– W takim razie cię zostawię – powiedział.

Starałam się nie wyglądać na podekscytowaną, gdy w sprzeczności próbowałam wymyślić sposoby, by zmusić go do pozostania i zrobić tego bez zmuszania go do zamordowania mnie.

– Czy byłoby głupotą prosić cię, żebyś zaczekała dziesięć minut po moim wyjściu, zanim zadzwonisz? - poprosił.

– Tak – odrzuciłam jego prośbę.

To też go ubawiło.

Boże, nienawidziłam tego gościa jak cholera.

- Kiedy to się skończy, jeśli zechcesz przelecieć zwycięzcę, upewnię się, że otworzy się dla ciebie szansa – zaoferował.

Dobra, teraz będę musiała brać prysznic przez cztery godziny.

Nie odpowiedziałam.

Uśmiechnął się swoim niepokojącym uśmiechem – Do tego czasu, Millie.

Milczałam.

Poruszył się, idąc do drzwi, jakby właśnie szedł do drzwi. Nie tak, jakby przechodził przez dwa trupy z połową odstrzelonych głów.

Przełknęłam żółć i odwróciłam wzrok od ciał. Nie za bardzo lubiłam Pedra i Carlosa, ale wolałam widzieć ich zakutych w kajdany i oddychających, nie w ten sposób.

Drzwi się zamknęły.

Nie pobiegłam do nich, żeby je zamknąć na klucz. Nigdzie się tam nie wybierałam.

Zamiast tego wskoczyłam do łóżka, przeczołgałam się na czworakach do telefonu po jego przeciwnej stronie i sięgnęłam po niego. Zabrałam go ze sobą, gdy odwróciłam się plecami do masakry, zwijając się w sobie.

Nie zapamiętałam numeru Logana, bo miałam go w telefonie i tam mogłam po prostu nacisnąć ekran, aby się z nim skontaktować.

Na pewno miałam zapamiętać go później tego dnia.

Zadzwoniłam pod 911.

Zgłosiłam mój problem.

Udało mi się, podać operatorowi moje nazwisko, nazwę motelu, numer pokoju, moją lokalizację i fakt, że właśnie byłam świadkiem podwójnego zabójstwa, zanim opuściłam czoło na kolana i zalałam się łzami.

Innymi słowy, trzymałam to razem przez ważne rzeczy i rozpadałam się dopiero wtedy, gdy nikt nie patrzył (mimo że słuchał operator 911).

Jak każda dobra starsza pani powinna.

*****

Stałam przed pokojem motelowym na chodniku wystawiona na działanie żywiołów, otoczona umundurowanymi policjantami, radiowozami zapełniającymi parking poniżej, ludźmi wszędzie.

Wyszli ze swoich pokoi i stali przed policyjnym szlabanem, który funkcjonariusz właśnie rozwijał na parkingu.

Kiedy przybył pierwszy radiowóz, na szczęście nie marnowali czasu, a jeszcze bardziej na szczęście ten potężniejszy podniósł mnie i wyniósł z pokoju, więc nie dostałam na bose stopy niczego, czego nigdy nie zmyłabym w myślach.

Dodatkowym plusem było to, że mogłam wsunąć twarz w jego szyję, więc nie widziałam nic więcej niż już widziałam, nawet jeśli to, co widziałam, wypaliło się w moim mózgu.

Nie potrzebowałam więcej.

Byłam tam ledwie pięć minut, wystarczająco długo, żeby owinęli mnie kocem na ramionach i wyciągnęli krzesło z innego pokoju, żebym mogła na nim usiąść, tak bardzo się trzęsłam. Właśnie zaczęłam opowiadać, co się stało, kiedy usłyszałam ryk.

Moja głowa szarpnęła, więc mogłam spojrzeć przez ramię i zobaczyłam, jak przetaczali się w szyku.

I nie zdziwiłam się, widząc, że nie Tack przewodził załodze.

Logan to robił.

Jakby miał Radar Millie, wjechał, patrząc na mnie.

- Miss Cross, wiem, że jest pani Chaosem, ale musi się pani trzymać ze mną – powiedział szybko oficer.

Nie trzymałam się z nim.

Zerwałam się z siedzenia i pobiegłam, biegnąc chodnikiem, kiedy koc spadł mi z ramion, a moje oczy były przyklejone do Logana, który zaparkował swój motocykl przed policyjną taśmą i właśnie zsiadał.

Biegłam chodnikiem tak szybko, że musiałam wyciągnąć rękę, żeby złapać się słupka podtrzymującego podest przy klatce schodowej.

Moje ciało poleciało w bok, ale trzymałam się mocno, kierując jego pęd w stronę schodów.

Potem zbiegłam po nich, patrząc, jak Logan biegł w moją stronę.

Zderzyliśmy się dwa stopnie od dołu i nie wiedziałam, jakim cudem Logan nie upadł na tyłek, kiedy ta kolizja polegała na tym, że rzuciłam się na niego całym ciałem, owijając ramiona wokół jego ramion, nogami wokół jego talii i wpychając twarz w jego szyję.

Wzięłam głęboki wdech, słyszalnie wciągając powietrze, żeby utrzymać kontrolę, gdy jego siła stała się realna wokół mnie, on trzymał mnie mocno, a ja próbowałam się pozbierać.

Ale nie mogłam powstrzymać drżenia.

- Dziewczyny? - wymusiłam.

Jego ramiona zacisnęły się mocniej.

- Big Petey dostał telefon. Wiedzą, że jesteś cała – odpowiedział, jego głos, niski i szorstki, drapał mnie po skórze.

Kiwnęłam głową, moje ciało napinało się boleśnie, gdy z trudem powstrzymywałam szloch.

– Jesteś okej, Millie. Jesteś tu. Mam cię. Wszystko dobrze, mała – wyszeptał, wsuwając dłoń w moje włosy.

– Jestem okej – odszepnęłam. Było to chwiejne i niepewne, ale i tak to powiedziałam.

– Trzymaj się – rozkazał.

To było to, co mogłam zrobić.

Więc zrobiłam to i Logan mnie trzymał.

To dało mi siłę, by całkowicie się zebrać, a kiedy wchłonęłam wystarczająco dużo, podniosłam głowę, by na niego spojrzeć.

Jego wzrok natychmiast powędrował do opuchlizny wokół mojego oka i przerażający wyraz twarzy, który był wykładniczo bardziej przerażający niż tamtego dnia, kiedy wtargnął do mojego biura, a potem ciągnął mnie po całym domu, żeby pokazać mi, jak ustawił system alarmowy, zatrzasnął się na jego wyrazie twarzy.

– Nic mi nie jest – zapewniłam go pospiesznie.

Przestał patrzeć na moje oko, żeby spojrzeć w nie oba.

- Tak - mruknął. To nie było chwiejne, ale było sceptyczne.

Oparłam czoło o jego, wytrzymując jego spojrzenie.

– Chaos ma problem – powiedziałam cicho.

– Chyba o tym wiemy, kotku – odpowiedział równie cicho.

– Nie, Rybko – ciągnęłam - On coś planuje. Coś, co według niego oznacza gwarantowaną wygraną. Nie wiem, co oznaczał dzisiejszy dzień. Wiem tylko, że jest przekonany, że nie może przegrać.

Ostrożnie, wciąż trzymając mnie blisko, Logan potrząsnął mną, więc wiedziałam, że muszę opuścić nogi. Postawił mnie na stopniu przed sobą, więc nadal staliśmy oko w oko, ale nie puścił.

– Przekona się, że będzie inaczej – oznajmił.

Przesunęłam dłoń, by zacisnąć ją na boku jego szyi, przewracając się na palcach, by się do niego zbliżyć.

– Musisz być gotowy na wszystko – ostrzegłam - Musisz być gotowy i musisz być mądry. Ma coś, Low, asa w rękawie. Jest zdeterminowany, by użyć go do obalenia Chaosu i nie sądzę, żeby miał zamiar skrzywdzić kogokolwiek fizycznie. Myślę, że chce was zmusić do zrobienia głupiego gówna, które zakończy Klub - Przycisnęłam jeszcze bliżej – I widzę to w twoich oczach, kochanie. Masz ochotę zrobić głupie rzeczy, a jeśli on cię powali, zabierze cię ode mnie. Od Cleo. Od Zadie. I Rybko, musisz być sprytny, ponieważ nie możesz do tego dopuścić.

Przyglądał mi się, nie odpowiadając i w środku tego usłyszeliśmy - Przepraszam, High, ale muszę odebrać jej zeznanie - a wzrok Logana powędrował poza mnie.

#####

2 komentarze: