Jak
każda dobra starsza pani powinna (cz.1)
High
-
Tato, oni powiedzieli, że jesteście przyjaciółmi.
–
Cicho, Zadie.
–
Ale powiedzieli, że cię znają.
-
Cicho!
Jego
słowo było rykiem i zobaczył, jak jego dziecko podskoczyło ze strachu.
Cholernie
tego nienawidził.
Ale
on i jego dziewczyny właśnie wrócili do środka domu po wyjściu z przodu, gdzie
Zadie powiedziała mu, że dwóch mężczyzn miało Millie.
Kiedy
w końcu pobiegł sprintem na jej frontowy podjazd, sąsiad stał na ich podwórku i
patrzył w dół drogi. Widząc High’a i jego dziewczyny, sąsiad krzyknął, że
widział, jak ktoś wpychał Millie, która wydawała się nieprzytomna, do SUV-a.
Potem
zapytał - Chcesz, żebym zadzwonił na policję?
To
było najgłupsze pieprzone pytanie, jakie High kiedykolwiek w życiu słyszał.
Mężczyzna patrzył, jak jego nieprzytomna sąsiadka była wpychana do SUV-a.
Oczywiście, że powinien wezwać jebane gliny.
High
nie odpowiedział. Nie mógł. Miał zerową kontrolę.
Właśnie
wkroczył do domu, a jego dziewczyny za nim i wyciągnął telefon.
Zaczął
od straszenia swojego dziecka.
Ale
nie mógł o tym myśleć, ponieważ usłyszał „Yo” w swoim uchu.
–
Valenzuela przysłał kilku ludzi – powiedział Tackowi niskim, szorstkim i
napiętym głosem – Byłem na tyłach z Cleo. Wywabili Zadie z domu od frontu.
Millie to zobaczyła i wyszła, żeby ją chronić. Zadie uciekła, a sąsiad właśnie
poinformował mnie, że widział, jak zabierali SUV-em nieprzytomną Millie.
–
Zajmę się tym – stwierdził pospiesznie Tack.
High
odwrócił się plecami do dziewczyn i zaczął krążyć po korytarzu, mówiąc cicho - O,
nie. Kurwa, nie. Sprowadź tu Tyrę albo jakąś pieprzoną starszą panią, nieważne
kogo, żeby zaopiekowała się moimi dziewczynami. Dostali Millie. Ja się tym zajmę.
–
Tego właśnie chcą, High – powiedział Tack.
-
Tak. I to właśnie dostaną – odpowiedział High.
-
Bracie…
–
Sprowadź tu… starszą… panią.
-
Jedziesz z nami - oświadczył Tack.
–
Wyjeżdżam za pięć minut. Nie przywieziesz tu starszej pani, podrzucam
dziewczyny do Deb i zajmuję na tym.
-
Jasne, High.
High
rozłączył się i wrócił do salonu.
Zrobił
to z niedziałającym mózgiem.
Robiłabym to każdego
dnia, tak bardzo warto było przechodzić dla ciebie przez ogień.
Wiedział,
co miała na myśli i nie chodziło o to, że był z powrotem w jej domu, w jej
łóżku, w jej ramionach.
Chodziło
o to, że miała go z powrotem, jego córki śpiące w jej pokoju gościnnym, dając
mu dzień taki jak on miał tamtego dnia. Dając mu wszystko, czego kiedykolwiek
pragnął.
Zatrzymał
się w salonie, nie mogąc patrzeć na dwie piękne córki, dla których jego kobieta
poświęciła dla niego lata.
Zamiast
tego opuścił głowę i podniósł rękę, by owinąć ją wokół karku, zamykając mocno
oczy z przyjemności, która teraz mogła zmienić się w ból, gdyby coś jej się
stało, słysząc, jak jej słowa wstrząsały jego mózgiem.
Valenzuela
był szaleńcem. Valenzuela zaczynał się niecierpliwić.
I
Valenzuela nie był głupi.
High
był słabym ogniwem. Popchnięty, High był prawdopodobnie ostatnim bratem Chaosu,
który by to stracił, spieprzył wszystko i zrobił wszystko, cokolwiek, by
uratować swoją kobietę.
A
kiedy to by się stało, zemściłby się.
Ale
było coś więcej.
Skurwysyn
wywabił jego córeczkę z domu.
Kurwa
tak.
Słabym
ogniwem był High.
Ratunek.
Potem
zemsta.
-
Nie miała na myśli nic złego.
Drżące
słowa Cleo sprawiły, że High wyprostował głowę i opuścił rękę, by skupić się na
swoich dziewczynach w fotelu Millie, trzymających się nawzajem, a Zadie miała
twarz przyciśniętą do piersi siostry, gdy jej ciałem wstrząsały ciche łzy.
-
Nie miała, tatusiu - kontynuowała Cleo - Powiedziała mi wczoraj wieczorem,
kiedy leżałyśmy w łóżku, że uważa Millie za fajną. Nie była zła. Po prostu była…
- Jej twarz i głos mówiły, że wiedziała, że reszta była słaba - Może nie za
mądra.
Stłumiony
szloch dobiegł od Zadie, co oznaczało, że nogi High’a przeniosły go do ich fotela.
Cleo
patrzyła, jak to robił, trzymając się siostry. Zadie wyczuła, że to robił i
zatopiła się głębiej w Cleo.
Bała
się swojego staruszka.
Tego
też nienawidził.
O,
tak.
Zemsta.
Uklęknął
przed nimi.
–
Spójrz na mnie, Zadie.
Zajęło
jej to chwilę, ale zrobiła to tylko lekko wykręcając szyję, żeby mogła zerknąć
na niego, kiedy była wciąż przyciśnięta do piersi jej siostry.
–
Później porozmawiamy o tym, że nie rozmawiasz z mężczyznami, których nie znasz,
kochanie. Chociaż myślę, że to lekcja, której już się dzisiaj nauczyłaś i wiem,
że nie chciałaś zrobić nic złego. To nie twoja wina, Zadie. To, co się stało,
nie jest twoją winą. Ale teraz najważniejsze jest to, żebyś opowiedziała mi o
mężczyznach, którzy porwali Millie.
Wzięła
urwany oddech, a High walczył z zaciśnięciem zębów, bo wydawało mu się, że
wciągnięcie tego zajęło jej tydzień.
Potem
wyjąkała - Byłam… byłam dla niej p-podła.
Kurwa.
-
Poradziłaś sobie z tym, Zadie - przypomniał jej - Teraz nie o to chodzi. To skończone.
Teraz musisz mi opowiedzieć o tych mężczyznach.
-
Nie wiedziałam, że… t-to byli z-źli ludzie. Nigdy, tatusiu, nigdy nie byłabym
taka wredny, żeby wyjść, żeby Millie wyszła za mną. Ona jest… Millie, ona jest…
Tak. Powiedziałam Clee-Clee, że jest spoko. A ja byłam dla niej niemiła. Robiłam
złe rzeczy. Przestraszyłam ją o Chief’a. Ale teraz ją lubię. Ona jest ładna. Ma
super ładny dom. Ma śliczne kotki, z którymi pozwala nam się bawić. Ale nawet
gdybym jej nie lubiła, nigdy nie byłabym taka
wredna.
–
Zadie – powiedział, zmuszając swój głos do złagodzenia i podnosząc rękę, by
położyć ją na jej plecach - Wiem, że nie miałaś na myśli niczego złego. Nie
masz kłopotów. Ale muszę wiedzieć o tych mężczyznach.
-
K-krzyczałeś na mnie - wyszeptała.
Jego
głos był stanowczy, a jego cierpliwość się wyczerpała, nie mógł załagodzić
krawędzi, kiedy stwierdził - Zadie, tu nie chodzi o ciebie. Będą chwile w twoim
życiu, liczne, kiedy nie będzie chodziło o ciebie. Musisz się do tego
przyzwyczaić i zrobić to teraz, kochanie, bo to jedna z tych chwil. Wielka. A
teraz kop głęboko, jak wiem, że potrafisz, i opowiedz mi o tych mężczyznach.
-
Oni... oni byli Meksykanami – powiedziała.
Miał
rację.
Valenzuela.
-
Starsi? Młodsi? - zapytał.
–
Młodsi od ciebie – odpowiedziała.
Valenzuela
był prawie w jego wieku.
To
oznaczało żołnierzy.
-
Ładnie ubrani? - ciągnął.
Skinęła
głową.
–
Kolor ich SUV-a, pamiętasz? - popchnął.
–
C-czarny – powiedziała.
–
Widziałaś typ SUV-a?
Potrząsnęła
głową.
-
Co ci powiedzieli? - trzymał się swojej dziewczyny.
-
Tylko to… to… - Zacisnęła usta i kiedy High był bliski całkowitej utraty
cierpliwości, kontynuowała - To byli twoi przyjaciele i mieli coś dla ciebie w
samochodzie. Prezent. Niespodzianka. Coś specjalnego. Poprosili mnie, abym po
nią poszła i przyniosła ją do ciebie. Wiem, że to było głupie – wyszeptała
ostatnie, brzmiąc na pokonaną – Ale ja… ja… – Wepchnęła się w siostrę - To miła
okolica. Millie ma naprawdę ładny dom. Wydawali się mili - Wzięła kolejny
urwany oddech - Nie sądziłam, że są źli.
Po
prostu nie pomyślała. Wiedziała to. Nawet jak High wbijał jej do głowy gówno,
żeby nie rozmawiać z nieznajomymi, odkąd mogła myśleć.
Z
drugiej strony, dziesięciolatka nie powinna wiedzieć, jakie zło może zapukać do
drzwi w każdej okolicy.
-
Czy Millie...? - Cleo wzdrygnęła się i zwróciła uwagę swojego staruszka,
zatrzymała się, po czym kontynuowała - Czy Millie zrobiła coś złego?
Tylko
takie złe, jakie on jej dał.
Ale
to gówno nigdy nie powinno dotykać jego dziewczyn. Którejkolwiek z nich. Nigdy
nie powinien znajdować się w sytuacji, w której mógłby odpowiadać na pytania,
które prowadziłyby do takich odpowiedzi, jakich musiał udzielić.
To
też była wina Valenzueli.
–
Nie – powiedział swojej dużej dziewczynce - Millie jest dobra do szpiku kości.
-
Więc dlaczego…? - Cleo zaczęła.
–
To nie na teraz, Cleo – stwierdził High, prostując się.
-
Czy ona…? - To była Zadie i spojrzał na swoje dziecko, które odsuwało się od
siostry, patrząc na tatę – Myślisz, że nic jej nie będzie?
Wiedział,
że lepiej, żeby nie było.
–
Nic jej nie będzie – powiedział jej.
Jej
wargi zadrżały.
Zadzwonił
jego telefon.
Odsunął
się od nich, patrząc na to. Gdy zobaczył imię dzwoniącego, odebrał.
-
Gdzie jesteśmy? - zapytał na powitanie.
–
Keely jedzie – powiedział mu Tack - Bracia spotykają się w Kompleksie. Mitch i
Slim zostali poinformowani.
High
zatrzymał się obok kanapy Millie - Keely?
–
Jest najbliżej ciebie – wyjaśnił Tack. – Powinna być za kilka minut.
Dziewczyny
spotkały Keely tylko kilka razy. Ledwo ją znały. Co więcej, po tym, jak
straciła Blacka, wciąganie jej w bałagan Chaosu nie było fajne.
Wolałby
Tyrę, Lanie, Tab, Elvirę.
Musiał
przyjąć Keely, bo musiał się stamtąd wydostać.
Trzymał
się w kupie, ale tylko dlatego, że jego dziewczyny patrzyły. Wewnątrz miał
wrażenie, że zaraz wyjdzie ze skóry.
–
On jej nic nie zrobi, bracie – zapewnił go Tack.
High
chciał, żeby to była prawda.
Ale
Valenzuela był gotowy do akcji. Przynosił to. Naciskał, żeby Chaos to
odepchnął.
Co
oznaczało, że wszystko mogło się zdarzyć.
*****
Millie
Siedziałam
zwinięta w kłębek na łóżku w pokoju motelowym, który nie był aż taki ładny, ale
też nie był nędzny.
Robiłam
to i nie spuszczałam wzroku z Benito Valenzueli, który stał w drzwiach ze
swoimi poplecznikami.
Inny
mężczyzna, który był jeszcze bardziej przerażający niż Valenzuela, stał w
kącie, przyglądając się całej scenie (innymi słowy, nie spuszczając oka ze mnie
i akcji przy drzwiach), nawet gdy kobieta szła w moją stronę.
Zwróciła
moją uwagę, kiedy usiadła na skraju łóżka.
Była
prostytutką.
Nie
miała na sobie rozciągliwego stroju Julii Roberts i kozaków do uda z Pretty Woman, ale mimo to była mocno
umalowana, a jej ubrania były odsłaniające ciało, a była niedziela, nie było
nawet południa, więc nie pomyślałam, żeby odgadywanie jej zawodu polegało na
wyciąganiu pochopnych wniosków.
–
Mam trochę lodu z automatu na zewnątrz – powiedziała cicho, podając mi mokry,
gruby ręcznik – Powinnaś założyć to na oko, kochaniutka.
Miała
rację.
Wzięłam
lód i przyłożyłam go do oka.
Potem
odwróciłam jedno oko, którym wciąż mogłam widzieć, w stronę Valenzueli, kiedy
usłyszałam, jak szeptał - …zrobię to z tobą po tym kolosalnym spieprzeniu.
-
Powiedziałeś wymusić, szefie –
odpowiedział ten, który mnie złapał.
-
Chciałem ją przestraszyć, a nie pieprzenie porwać – warknął Valenzuela.
-
Mimo to myślę, że to wymusi, Benito – powiedział ten, który mnie uderzył - Chaos
tego nie odpuści.
Poczułam
coś i oderwałam wzrok od rozmowy przy drzwiach, by spojrzeć na kobietę siedzącą
ze mną na łóżku w niezbyt obskurnym motelu.
–
Nie odpuszczą, prawda? – wyszeptała i nie brzmiała na szczęśliwą.
Właściwie
brzmiała na absolutnie, stuprocentowo przerażoną.
Biorąc
pod uwagę, że byłam taka, a nawet więcej, nie potrzebowałam, żeby świrowała ze
mną.
–
Mam rację – powiedziała, kiedy nie odpowiedziałam, i nadal szeptała - Jesteś
starszą panią. Zrobią najazd.
Mieli
zrobić najazd.
A
ja potrzebowałam, żeby zrobili najazd. Potrzebowałam Logana, żeby przyjechał i
zabrał mnie, a, żeby uczynił to bezpiecznie dla niego i dla mnie, on
potrzebował swoich braci.
Nadal
byłam przerażona tym, co oznaczał najazd Chaosu.
Nie
odpowiedziałam jej, częściowo dlatego, że nie chciałam o tym myśleć, ale
głównie dlatego, że wyczułam ruch, więc spojrzałam w stronę drzwi.
Najwyraźniej
nasza rozmowa, nawet szeptana, zwróciła uwagę Valenzueli.
Świetnie.
Podszedł
do mnie, zatrzymał się przy łóżku, rzucił przelotne spojrzenie na prostytutkę,
a ona zwolniła swoje miejsce i pobiegła na obcasach na platformach prosto do
drzwi.
Nie
odebrałam tego jako dobry znak.
Mimo
to nie spuszczałam wzroku z Valenzueli, mojej pozycji na łóżku i lodu na
opuchniętej twarzy.
–
Który postanowił cię zabrać? – zapytał, kiedy drzwi się zamknęły, za moją
niezwykłą Florence Nightingale.
Zacisnęłam
usta.
Potem
przycisnęłam się do wezgłowia łóżka, kiedy nagle pękł tuż przed moimi oczami,
pochylił się w moją stronę, jego twarz wykrzywiła wściekłość, oczy płonęły i
grzmiał - Który cię zabrał?
O
mój Boże.
Był
totalnie szalony.
-
T-ten - odpowiedziałam, podnosząc rękę, by wskazać tego, który mnie trzymał.
Valenzuela
odchylił się do tyłu – Czy on też cię uderzył?
Potrząsnęłam
głową.
-
Więc Pedro cię wziął, Carlos cię uderzył - stwierdził, a wszystkie dowody jego
wściekłości zniknęły, a to było wypowiedziane rzeczowo.
Boże,
przerażał mnie, ale ten odwrót przestraszył mnie na śmierć.
Tak
więc, nawet jeśli wydawało się, że nie zamierza mnie bardziej ranić – w
rzeczywistości był wkurzony, że w ogóle zostałam porwana i zraniona – uznałam,
że rozsądnie będzie się jeszcze nie odprężać, bo ten facet był wyraźnie pieprzonym
świrusem.
Nie
miałam pojęcia, jak bardzo miałam rację.
Nie
miałam też pojęcia, że nie powinnam była potwierdzać jego stwierdzenia, nawet
gdy nie wiedziałam który jest który, Carlos i Pedro.
Nie
powinnam była się nawet odzywać.
Ale
zrobiłam jedno i drugie.
-
Tak - powiedziałam.
I
właśnie wtedy, właśnie tam, mężczyzna skręcił tułów, robiąc to, kiwając głową
drugiemu mężczyźnie w pokoju.
Spojrzałam
w tamtą stronę, gdy facet sięgnął pod marynarkę i wyciągnął dłoń z pistoletem.
Zanim
zdążyłam się naprężyć lub otworzyć usta, by krzyknąć, podniósł go. Usłyszałam
dwa dziwne, głośne dźwięki, po których natychmiast nastąpiły znacznie mniej
pożądane dźwięki, a jednocześnie moje oczy skierowały się w stronę drzwi.
Widziałam krew i mózgi rozbryzgujące się na ścianach, a Pedro i Carlos opadli
na dywan.
Upuściłam
lód i gorączkowo powłóczyłam się tyłem na łóżku, zszokowana, że mogłam się
ruszyć, bo czułam, jakby moje ciało zamarzło do kości, jednocześnie przerażona,
że z tego powodu moje kończyny zaraz pękną. Mój mózg był tak przesycony
obrazami rzezi, że nie mogłam określić, dokąd zmierzałam i spadłam z łóżka.
Zerwałam
się na równe nogi, gdy Valenzuela odwrócił się do mnie. Umysł w chaosie, moimi
jedynymi myślami były ucieczka i mrożąca krew w żyłach wiedza, że takiej nie
było.
-
Przestań się ruszać. Nie zrobię ci krzywdy – rozkazał.
Ruszałam
się dalej, przygotowując się do lotu.
Sięgnął
do marynarki, wyciągnął własną broń i uniósł ją w moją stronę.
-
Przestań… kurwa… się ruszać.
Automatycznie
przestałam się ruszać.
Odwrócił
głowę i wskazał brodą na jedyną żywą osobę w pokoju.
Gapiłam
się, szok zaczął mnie ogarniać, moje ciało zaczęło drżeć, gdy facet również
chłodno opuścił podbródek, podszedł do drzwi i wyszedł, zamykając je za sobą.
-
Jesteś w Motelu Mile Hi w pokoju numer dwieście szesnaście – stwierdził
Valenzuela, a moje spojrzenie wróciło do niego - Dzwonisz do swojego
motocyklisty, mówisz im, gdzie cię znaleźć, mówisz im, że to przez nich -
Wycelował broń w kierunku dwóch martwych ciał na podłodze, a potem z powrotem w
moją stronę – Powiedz im, że nie zamówiłem tego, co się dzisiaj stało. Powiedz
im, że Carlos i Pedro działali sami. Powiedz im, że nie byłem zadowolony z tego
powodu i zadbałem o ich ukaranie.
Ukarał
ich?
To
był jego rodzaj kary?
Gapiłam
się na niego, nagle zdając sobie sprawę, że nie tylko trzęsłam się od koniuszków
włosów po paznokcie u stóp, moja klatka piersiowa unosiła się i opadała z
płytkimi oddechami, ale też moje palce sprawiały wrażenie, jakby spały, ale
budziły się, mrowiąc w sposób, który muskał krawędź z bólu.
Ale
to, co zobaczyłam, gdy wpatrywałam się w jego twarz, nie było strachem.
Nie
bał się zemsty Chaosu za błąd popełniony tego dnia przez jego ludzi i nie
dlatego zadbał o to, by nie postradali zmysłów.
To
było coś innego.
I
właśnie wtedy przeszłam od przerażenia z mózgu do przerażenia aż do kości.
–
Powinieneś opuścić miasto – wypaliłam.
Upuścił
broń, co było ulgą, ale uśmiechnął się też przerażającym uśmiechem, co nie było
ulgą.
-
Dziękuję za radę, ale chyba zostanę – odpowiedział.
Niezależnie
od faktu, że nie chciał, aby moja bardzo dobra rada przeniknęła – skoro byłam
świadkiem podwójnego zabójstwa jego sługusów i starszą panią członka bandy braci,
którzy traktowali rodzinę i jej ochronę naprawdę cholernie poważnie, więc
wiedziałam, o czym mówiłam – szłam dalej.
-
Nie dotykasz starszych pań.
-
Nie zrobiłem tego.
To
była prawda.
-
Twoi faceci wabili Lo… to znaczy High’a córkę do ich samochodu - podzieliłam
się.
Jego
szczęka stwardniała.
Nie
wiedział tego.
Moje
ciało też się napięło. Albo mocniej.
Potem
jego szczęka się rozluźniła – Kolejna porażka – stwierdził – I jak widzisz, już
więcej czegoś takiego nie zrobią.
Kolejna
prawda. Duża.
Oderwałam
wzrok od rzezi dzielącej ze mną pokój, więc mogłam zachować spokój.
-
Nie mam na myśli nic obraźliwego. Jestem pewna, że o tym wiesz – zaczęłam – Ale
ty nic dla mnie nie znaczysz. Mimo to, jak to wszystko rozegra się tak, jak
wiem, że tak się stanie, ludzie, na których mi zależy, będą zmuszeni robić
rzeczy, których nie chcą robić. To dobrzy ludzie. Ale tego tak nie zostawią -
Ostrożnie wskazałam podłogę pod stopami - Oni na to nie pozwolą i nie
powinieneś ich lekceważyć. Nie ma mowy, żebyś wygrał.
–
I tu się mylisz.
Gapiłam
się na niego.
Wierzył
w to.
Całkowicie.
Po
mojej skórze przebiegł dreszcz, a ja próbowałam dalej.
–
Nie wygrasz, Valenzuela. Poważnie, uwierz mi. Znam ich od dawna. Jak są zjednoczeni,
braterstwa nie da się pokonać.
-
Wiele bractw czuło to samo i tak postępowało, aż upadło.
Patrzyłam
mu w oczy i czytałam tam wszystko.
Nie
zamierzał się poddać. Nie zamierzał odejść. Nie zamierzał się zatrzymać. Był
słaby, z mężczyznami źle interpretującymi jego rozkazy, w obliczu kobiety,
która mogła zagwarantować mu pobyt w więzieniu, kiedy został złapany, a ja
zeznałabym, że zlecił zabójstwo dwóch mężczyzn.
Nadal
nie zamierzał przestać.
Nie,
dopóki to by się nie skończyło, jakkolwiek by to się stało.
Było
w tym coś przerażająco złego. Był człowiekiem, który położył wszystkie żetony w
puli, trzymając w ręku słabe karty.
Ale
zachowywał się, jakby miał asa w rękawie.
–
Musisz uważać – szepnęłam.
–
Ach, Millie, twoja troska jest wzruszająca. Ale nie martw się. Jestem bardzo ostrożny.
-
Nie – odparłam - Chodzi mi o to, że jeśli skrzywdzisz jego, skrzywdzisz High’a,
skrzywdzisz któregokolwiek z nich, a ja skrzywdzę ciebie.
Uznał
to za zabawne, tak bardzo, że było to niewiarygodnie obraźliwe.
Uśmiechając
się szeroko, przechylił głowę na bok – Grozisz mi, kiedy trzymam broń?
–
Znowu się mylisz – powiedziałam, kręcąc głową - To szalone, ale próbuję
uratować ci życie. Poważnie, powinieneś wyjechać z miasta.
–
Nie poddam się Chaosowi – powiedział z całkowitą pewnością.
-
Jeśli nie odejdziesz i nie upadniesz przez Chaos, nadal upadniesz.
-
Jak pizda Chaosu przyjdzie po mnie po tym, jak sprowadzę ten Klub na dno, to będzie
sprawa, którą też będę musiał się zająć.
Pizda.
Powiedział
to słowo już wcześniej.
To
nie było miłe.
Mnie
też to wkurzyło.
Wyprostowałam
kręgosłup i wyprostowałam ramiona, mówiąc - Będzie tylko jedna burza
potężniejsza niż ta, którą rozpętali dzisiaj twoi ludzie. Nie zadzierasz ze
starszą panią. Zdecydowanie nie zadzierasz z mężczyzną starszej pani.
Nadal
był rozbawiony - Po tym, jak zajmę całe Denver, będzie to interesujące wyzwanie.
Mógł
mieć asa.
Ale
jego karty wciąż były słabe.
–
Widzę twoją słabość – powiedziałam.
To
też go bawiło. Bardzo.
Uniósł
brwi nad tańczącymi oczami.
-
Mam słabość? - zapytał z niedowierzaniem.
–
Chyba nie wierzysz, że pizda ma mózg – powiedziałam.
-
Nietrudno na ciebie patrzeć, Millie, ale nie jesteś zbyt inteligentna, patrząc
na to, gdzie jesteś, jak się masz, jak rozmawiasz ze mną w taki sposób.
–
Chyba nie wierzysz, że pizda ma mózg – powtórzyłam - Więc nie możesz wiedzieć,
że je mamy i mamy też serca. A jeśli nic z tego nie wiesz, nie wiesz też, że zachowujemy
wredną urazę.
–
Wiem o tym – powiedział w sposób, który sprawił, że moja skóra na całym ciele
napięła się - Rozkazałem zabić dwóch moich żołnierzy. Zrobiłem to ze świadkiem.
Zrobiłem to, wiedząc, że Chaos stał się cipką, zabierając ich tyłki na policję.
Więc wiem, że podzielisz się wiedzą z Mitch’em Lawson’em i Brock’iem Lucasem. I
gówno mnie to obchodzi.
To
było szalone.
Mój
głos był wysoki, gdy zapytałam - Wierzysz, że jesteś nietykalny?
-
Wierzę, że jak usunę Chaos z drogi, będę rządzić Denver. A jeśli będę musiał usunąć
Chaos wraz z Lawson’em, Lucasem i Delgado, aby to zrobić, to będzie zrobione.
Delgado?
Hawk
Delgado?
Szef
Elviry?
Co
on miał z tym wszystkim wspólnego?
Nie
pytałam o to.
Powiedziałam
- Więc zostawisz mnie przy życiu.
Przechylił
głowę na bok i zapytał - Co widziałaś?
Wiedział,
co widziałam, skoro to się stało pięć minut temu i nie sądziłam, że było mądre
przypominać mu, że to widziałam, ale miałam wrażenie, że miał plan i w tym planie
nie wyrządzał mi dalszej krzywdy, więc powiedziałam - Kazałeś swojemu
człowiekowi strzelać do nich i zrobił to.
-
Nie było mnie tutaj w pobliżu, a ten człowiek nie istnieje.
Jedno
i drugie było błędem, ale miałam przeczucie, że mógł to udowodnić, co mówił,
więc miał rację.
Mówił
dalej.
-
W rzeczywistości później dzisiaj pojawi się mężczyzna, który wystąpi,
przyznając się do tych zabójstw. Będzie miał broń, którą użyto. I opowie o tym,
jak to zrobił w odwecie za to, co ci zrobiono.
Gapiłam
się na niego jeszcze trochę.
Słyszałam
o takich rzeczach. Widziałam to w telewizji. Zły facet płacący komuś za winę,
być może obiecujący zaopiekowanie się rodziną, robiący wszystko, aby było to
warte poświęcenia.
–
W każdym razie, Millie – ciągnął - zwycięstwo nie jest tak naprawdę zwycięstwem,
chyba że pozostaną przegrani.
–
Więc zostawisz mnie przy życiu – powtórzyłam.
–
Tak – potwierdził.
Dobra,
skończyłam więcej niż trochę.
–
Czy mógłbyś to zrobić mniej więcej teraz? - poprosiłam.
Uśmiechnął
się, zanim wystraszył mnie, mówiąc - Wiesz, myślę, że naprawdę cię lubię.
–
Po powrocie do domu całkowicie wezmę trzy godzinny prysznic – mruknęłam.
Wybuchnął
śmiechem.
Nie
poruszyłam ani mięśniem.
Przestał
się śmiać, podniósł broń, a ja pozostałam nieruchoma, z oczami utkwionymi w
jego broni, kiedy wymachiwał nią do mnie.
-
Tak, lubię cię. Rozumiem Judd’a. Nie rozumiem tych dwóch zarozumiałych suk,
które prowadzą Allena i Kincaida za kutasy. Ale ty możesz być zabawna.
Nic
nie mówiłam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć.
Chociaż
pomyślałam, że może powinnam kazać mu mówić. Doszłam do wniosku, że im więcej
się ze mną bawił, tym dłużej będzie się tu kręcił, a wiedziałam, że Logan,
Chaos i więcej niż prawdopodobne, kumple Chaosu z policji rozdzierali Denver na
strzępy, żeby nas znaleźć. Jeśli chciał stać i rozmawiać, kiedy to robili, to
nie ja zamierzałam go powstrzymywać.
Chociaż
żałowałam, że upuściłam lód. Oko bolało mnie jak cholera.
-
Nie masz odpowiedzi? - podpowiadał.
-
Oko jakby trochę mnie boli, a ta rozmowa zdecydowanie robi się nudna -
odpowiedziałam.
–
W takim razie cię zostawię – powiedział.
Starałam
się nie wyglądać na podekscytowaną, gdy w sprzeczności próbowałam wymyślić
sposoby, by zmusić go do pozostania i zrobić tego bez zmuszania go do zamordowania
mnie.
–
Czy byłoby głupotą prosić cię, żebyś zaczekała dziesięć minut po moim wyjściu,
zanim zadzwonisz? - poprosił.
–
Tak – odrzuciłam jego prośbę.
To
też go ubawiło.
Boże,
nienawidziłam tego gościa jak cholera.
-
Kiedy to się skończy, jeśli zechcesz przelecieć zwycięzcę, upewnię się, że
otworzy się dla ciebie szansa – zaoferował.
Dobra,
teraz będę musiała brać prysznic przez cztery godziny.
Nie
odpowiedziałam.
Uśmiechnął
się swoim niepokojącym uśmiechem – Do tego czasu, Millie.
Milczałam.
Poruszył
się, idąc do drzwi, jakby właśnie szedł do drzwi. Nie tak, jakby przechodził
przez dwa trupy z połową odstrzelonych głów.
Przełknęłam
żółć i odwróciłam wzrok od ciał. Nie za bardzo lubiłam Pedra i Carlosa, ale
wolałam widzieć ich zakutych w kajdany i oddychających, nie w ten sposób.
Drzwi
się zamknęły.
Nie
pobiegłam do nich, żeby je zamknąć na klucz. Nigdzie się tam nie wybierałam.
Zamiast
tego wskoczyłam do łóżka, przeczołgałam się na czworakach do telefonu po jego przeciwnej
stronie i sięgnęłam po niego. Zabrałam go ze sobą, gdy odwróciłam się plecami
do masakry, zwijając się w sobie.
Nie
zapamiętałam numeru Logana, bo miałam go w telefonie i tam mogłam po prostu
nacisnąć ekran, aby się z nim skontaktować.
Na pewno
miałam zapamiętać go później tego dnia.
Zadzwoniłam
pod 911.
Zgłosiłam
mój problem.
Udało
mi się, podać operatorowi moje nazwisko, nazwę motelu, numer pokoju, moją
lokalizację i fakt, że właśnie byłam świadkiem podwójnego zabójstwa, zanim
opuściłam czoło na kolana i zalałam się łzami.
Innymi
słowy, trzymałam to razem przez ważne rzeczy i rozpadałam się dopiero wtedy,
gdy nikt nie patrzył (mimo że słuchał operator 911).
Jak
każda dobra starsza pani powinna.
*****
Stałam
przed pokojem motelowym na chodniku wystawiona na działanie żywiołów, otoczona
umundurowanymi policjantami, radiowozami zapełniającymi parking poniżej, ludźmi
wszędzie.
Wyszli
ze swoich pokoi i stali przed policyjnym szlabanem, który funkcjonariusz
właśnie rozwijał na parkingu.
Kiedy
przybył pierwszy radiowóz, na szczęście nie marnowali czasu, a jeszcze bardziej
na szczęście ten potężniejszy podniósł mnie i wyniósł z pokoju, więc nie dostałam
na bose stopy niczego, czego nigdy nie zmyłabym w myślach.
Dodatkowym
plusem było to, że mogłam wsunąć twarz w jego szyję, więc nie widziałam nic
więcej niż już widziałam, nawet jeśli to, co widziałam, wypaliło się w moim
mózgu.
Nie
potrzebowałam więcej.
Byłam
tam ledwie pięć minut, wystarczająco długo, żeby owinęli mnie kocem na
ramionach i wyciągnęli krzesło z innego pokoju, żebym mogła na nim usiąść, tak
bardzo się trzęsłam. Właśnie zaczęłam opowiadać, co się stało, kiedy usłyszałam
ryk.
Moja
głowa szarpnęła, więc mogłam spojrzeć przez ramię i zobaczyłam, jak przetaczali
się w szyku.
I
nie zdziwiłam się, widząc, że nie Tack przewodził załodze.
Logan
to robił.
Jakby
miał Radar Millie, wjechał, patrząc na mnie.
-
Miss Cross, wiem, że jest pani Chaosem, ale musi się pani trzymać ze mną –
powiedział szybko oficer.
Nie
trzymałam się z nim.
Zerwałam
się z siedzenia i pobiegłam, biegnąc chodnikiem, kiedy koc spadł mi z ramion, a
moje oczy były przyklejone do Logana, który zaparkował swój motocykl przed
policyjną taśmą i właśnie zsiadał.
Biegłam
chodnikiem tak szybko, że musiałam wyciągnąć rękę, żeby złapać się słupka
podtrzymującego podest przy klatce schodowej.
Moje
ciało poleciało w bok, ale trzymałam się mocno, kierując jego pęd w stronę
schodów.
Potem
zbiegłam po nich, patrząc, jak Logan biegł w moją stronę.
Zderzyliśmy
się dwa stopnie od dołu i nie wiedziałam, jakim cudem Logan nie upadł na tyłek,
kiedy ta kolizja polegała na tym, że rzuciłam się na niego całym ciałem,
owijając ramiona wokół jego ramion, nogami wokół jego talii i wpychając twarz w
jego szyję.
Wzięłam
głęboki wdech, słyszalnie wciągając powietrze, żeby utrzymać kontrolę, gdy jego
siła stała się realna wokół mnie, on trzymał mnie mocno, a ja próbowałam się
pozbierać.
Ale
nie mogłam powstrzymać drżenia.
-
Dziewczyny? - wymusiłam.
Jego
ramiona zacisnęły się mocniej.
-
Big Petey dostał telefon. Wiedzą, że jesteś cała – odpowiedział, jego głos,
niski i szorstki, drapał mnie po skórze.
Kiwnęłam
głową, moje ciało napinało się boleśnie, gdy z trudem powstrzymywałam szloch.
–
Jesteś okej, Millie. Jesteś tu. Mam cię. Wszystko dobrze, mała – wyszeptał,
wsuwając dłoń w moje włosy.
–
Jestem okej – odszepnęłam. Było to chwiejne i niepewne, ale i tak to powiedziałam.
–
Trzymaj się – rozkazał.
To
było to, co mogłam zrobić.
Więc
zrobiłam to i Logan mnie trzymał.
To
dało mi siłę, by całkowicie się zebrać, a kiedy wchłonęłam wystarczająco dużo,
podniosłam głowę, by na niego spojrzeć.
Jego
wzrok natychmiast powędrował do opuchlizny wokół mojego oka i przerażający wyraz
twarzy, który był wykładniczo bardziej przerażający niż tamtego dnia, kiedy
wtargnął do mojego biura, a potem ciągnął mnie po całym domu, żeby pokazać mi,
jak ustawił system alarmowy, zatrzasnął się na jego wyrazie twarzy.
–
Nic mi nie jest – zapewniłam go pospiesznie.
Przestał
patrzeć na moje oko, żeby spojrzeć w nie oba.
-
Tak - mruknął. To nie było chwiejne, ale było sceptyczne.
Oparłam
czoło o jego, wytrzymując jego spojrzenie.
–
Chaos ma problem – powiedziałam cicho.
–
Chyba o tym wiemy, kotku – odpowiedział równie cicho.
–
Nie, Rybko – ciągnęłam - On coś planuje. Coś, co według niego oznacza
gwarantowaną wygraną. Nie wiem, co oznaczał dzisiejszy dzień. Wiem tylko, że
jest przekonany, że nie może przegrać.
Ostrożnie,
wciąż trzymając mnie blisko, Logan potrząsnął mną, więc wiedziałam, że muszę
opuścić nogi. Postawił mnie na stopniu przed sobą, więc nadal staliśmy oko w
oko, ale nie puścił.
–
Przekona się, że będzie inaczej – oznajmił.
Przesunęłam
dłoń, by zacisnąć ją na boku jego szyi, przewracając się na palcach, by się do
niego zbliżyć.
–
Musisz być gotowy na wszystko – ostrzegłam - Musisz być gotowy i musisz być
mądry. Ma coś, Low, asa w rękawie. Jest zdeterminowany, by użyć go do obalenia
Chaosu i nie sądzę, żeby miał zamiar skrzywdzić kogokolwiek fizycznie. Myślę,
że chce was zmusić do zrobienia głupiego gówna, które zakończy Klub - Przycisnęłam
jeszcze bliżej – I widzę to w twoich oczach, kochanie. Masz ochotę zrobić
głupie rzeczy, a jeśli on cię powali, zabierze cię ode mnie. Od Cleo. Od Zadie.
I Rybko, musisz być sprytny, ponieważ nie możesz do tego dopuścić.
Przyglądał
mi się, nie odpowiadając i w środku tego usłyszeliśmy - Przepraszam, High, ale
muszę odebrać jej zeznanie - a wzrok Logana powędrował poza mnie.
#####
❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń