wtorek, 2 maja 2023

24 - Słyszysz? (cz.2)

 

ROZDZIAŁ 24

Słyszysz? (cz.2)

*****

High

High zaparkował swojego pickupa i ruszył ciemną, opustoszałą uliczką.

Nie miał przy sobie latarki. Minęło trochę czasu, ale znał drogę.

Cienie przed nim poruszały się, ale on po prostu szedł w ich stronę.

Nie było niespodzianką, że, kiedy się zbliżył, z ciemności wyłoniła się Shirleen.

To było ich miejsce spotkań. To tam szli, kiedy zaczynało się dziać coś złego. To tutaj otrzymał informacje, kiedy potrzebowała go, by ją chronił. To tutaj dawał jej informacje, kiedy potrzebował tego dla siebie.

Nic takiego nie miało miejsca od lat.

Więc jej telefon do niego był niespodzianką.

A nie dobrą.

Zatrzymał się dwa kroki od niej i warknął - Mów do mnie.

Powiedziała.

I zrobiła to, by warknąć - Nie spieprz tego.

– Co? - przyciął.

- Chłopcze, otrzymałeś odkupienie. Czy wiesz, jak ciężko jest czynić dobre uczynki, gdy setki z nich nie zbliżają się do wymazania choćby jednego złego? Nie odpowiadaj, bo wiem, że to wiesz. Jesteś na tej ścieżce. Nie zbaczaj.

Wyciągnął rękę, wkurzony, zaskoczony i oszołomiony, a żadne z tego mu się nie podobało.

– O czym ty, kurwa, mówisz? - zapytał.

- Twoja kobieta została porwana. To nie jest dobre. Znaleziono ją bezpieczną. Trzymaj się tego i zakop żar zemsty, żeby tego nie spieprzyć.

Zrozumiał to.

A to, co zrozumiał, sprawiło, że z wściekłego stał się wkurzony.

- Trzymaj się z dala od tego gówna i trzymaj z daleka Nightingale’a. Teraz to wszystko Chaos – ostrzegł.

Tak było.

Mitch, Chudy i Hawk przeszli do historii. Tack trzymał ich na sznurku, żeby się nie czepiali, Rosalie wciąż w grze, więc o ile wiedzieli, Chaos trzymał ich gówno i wszystko było jeszcze w drodze.

Ale Tack wysłał Hound’a.

Więc ostatecznie to wszystko byłoby zadanie Chaosu.

Shirleen podeszła bliżej niego, a on się nie poruszył, wpatrując się w nią z góry.

- To jest. Nie może być inaczej. Ale ty tym kierujesz, High. Kierujesz nim tak, aby nagroda, którą otrzymałeś po odzyskaniu kobiety, nie ucierpiała. Wiem, co się stało. Wiem, co zrobiła. Wiem, dlaczego to zrobiła. Nie zmarnuj dziesięcioleci poświęceń.

Patrzył jej w oczy przez ciemność, a potem podniósł wzrok i spojrzał ponad jej głową.

Odsunęła się, mrucząc - Rozumiesz mnie.

Spojrzał na nią ponownie - To, co uczynił, nie może się ostać.

- Nie… A sto dobrych uczynków nie wymazuje jednego złego. Masz dość zła, High. Oboje mamy. Jak go powalisz, wyprostujesz to gówno. Nigdy nie będziesz miał złotej duszy, ale twoja kobieta ją ma. Nie niszcz tego.

Zacisnął zęby, czując, jak mięsień podskakuje mu w szczęce.

- Nie zdziwię się, jeśli wiesz, że boi się jak cholera tego, co zamierzasz zrobić – poinformowała go – Nie zdziwię cię, jak powiem, że nie jest jedyna. Wasze kobiety posiadły sztukę stania u boku swoich mężczyzn. Twoim zadaniem jest sprawić, by ten wysiłek był tego wart.

Boże, ta kobieta była cholernie irytująca, kiedy miała rację.

- Skończyłaś? - zgrzytnął.

- Dotarło? - strzeliła z powrotem.

Nic nie powiedział.

Wpatrywała się w niego.

Potem wyszeptała – Dotarło.

– Skończyłem – odpowiedział.

Nic nie powiedziała.

Odwrócił się i zaczął odchodzić.

Wołała za nim, gdy szedł.

- Kiedy nie miałam nic, miałam ciebie. Nigdy tego nie zapomnę, High, i masz moją miłość do mojego ostatniego tchnienia za to, że mi to dałeś. Chcę dla ciebie wszystkiego. Teraz to masz. Musisz tylko zrobić jedną rzecz. Trzymaj się zwarty.

Był wkurzony, zmarznięty, poza Denver, co oznaczało daleko od Millie i miał czarną kobietę, która dyrygowała nim w ciemnościach.

Nie chciał jej niczego dawać.

Nie mógł tego zrobić.

Ponieważ ona też miała jego miłość.

Zrobił więc to, co musiał.

Szedł dalej, ale zrobił to, podnosząc rękę i machając nią.

*****

Otworzył drzwi, wszedł do domu, usłyszał dźwięk alarmu, ale zatrzymał się jak wryty.

Kuchnia była katastrofą.

A Millie stała przy kuchence.

– Nie panikuj – poleciła, nie odwracając się, by na niego spojrzeć - Rzeczy nie idą dobrze, a kiedy dowiesz się, co robię, od razu wyjdziesz i pojedziesz Chipotle. Ale chcę, żebyś był ze mną cierpliwy, bo, kiedy zaczęłam to robić, doszłam do wniosku, że to będzie nie z tego świata.

Zamknął drzwi, przekręcił klucz i zwrócił się do panelu alarmowego w samą porę, by wpisać kod, zanim wysłałby sygnał do dyspozytora.

Potem przeszedł przez kuchnię, widząc resztki warzyw, miski wypełnione kupą gówna wyglądającego na zdrowe, opakowania i wrapy rozrzucone wszędzie, coś, co wyglądało jak mokry, podarty papier odrzucony na bok i kieliszek wina, który widział rozlany, więc na blacie były plamy.

Zatrzymał się za Millie i zobaczył bulgotanie w trzech garnkach, kuchenkę pochlapaną, poplamioną i nią pochyloną nad patelnią z gotującą się wodą, w której była również kartka papieru, którą szturchała szczypcami.

Musiała go wyczuć, bo powiedziała, jakby była skoncentrowana na czymś innym, nie odwracając się do niego - Muszę tylko wsadzić jednego z tych skurwysynów do wody i wyciągnąć go w jednym kawałku, żebyśmy mogli go wypchać i może w końcu będzie kolacja.

- Co to, kurwa, jest? - zapytał.

Zerknęła na niego przez ramię, a potem z powrotem na patelnię.

- To papier ryżowy.

- Co?

Papier ryżowy – powtórzyła z irytacją, ostrożnie chwyciła brzeg, zaczęła wyciągać go z wody, wyciągnęła drugą rękę, by chwycić ją opuszkami palców, i rzecz rozerwała się na środku - Skurwysynie! - wrzasnęła, unosząc papier w szczypcach i rzucając go w kierunku blatu, gdzie roztrzaskał się o kilka innych tego rodzaju i tam został.

Natychmiast sięgnęła po paczkę i wyjęła z niej okrągłą, cienką, białą rzecz, którą ostrożnie wsunęła do wody.

– Kotku – zawołał przez jej ramię.

- Co? - zapytała, szturchając nowy kawałek szczypcami.

- Co jest na kolację? - zapytał.

- Domowe sajgonki - powiedziała do wody.

Wpatrywał się w jej profil.

Był skupiony i zdeterminowany.

Odszedł powolnym krokiem.

Równie wolno odwrócił głowę i rozejrzał się po kuchni.

Nie pracowała.

Gotowała.

W kuchni nie było porządku.

To był totalny, cholerny bałagan.

Spojrzał na nią.

Nie miała na sobie szpilek, obcisłego swetra i obcisłej spódnicy – seksownej, ale z klasą.

Miała na sobie luźne spodnie, które opinały jej tyłek, dziewczęce kapcie i miała na sobie cienki sweter.

Jej włosy były ułożone wysoko na głowie. Nie były ułożone starannie. Była niechlujna i urocza, loki wymykały się jej na szyję i policzki.

– Kotku – zawołał.

– Poczekaj – powiedziała.

- Millie.

– Poczekaj – powtórzyła, a on zobaczył, jak znów próbuje wyjąć papier z patelni.

- Alleluja! - zawołała, obracając się w jego stronę, a woda z nienaruszonego papieru kapała na podłogę między szczypcami i palcami.

W chwili, gdy się zatrzymała, rozerwało się na środku.

Spojrzała na nią i krzyknęła - Cholera!

High wybuchnął śmiechem.

– To nie jest śmieszne, Low. To już moje siódme podejście! Nigdy nie będziemy jeść w takim tempie.

Wciąż się śmiał, nawet gdy oświadczył - Nigdy cię nie stracę.

Jej głowa szarpnęła się, a on wciąż się śmiał, bo wciąż trzymała porwany papier w dłoni, wyglądając uroczo, kiedy jej sweter z przodu był nisko wycięty, a to był widok, który mu się podobał, gdy zapytała - Co?

- Nigdy, kochanie, przenigdy. Nigdy cię nie stracę. Nigdy nie zrobię gówna, żeby w jakiś sposób odebrano mi to, co odzyskałem. Nigdy nie zrobię gówna, żeby to nie było tego warte, wszystko, co mi dałaś. Nie mam zamiaru tam wracać. Tamta ścieżka od początku nie wydawała się właściwa. Z tobą u mego boku tamto wszystko było złe.

- Low - szepnęła.

Od stóp do głów widział to wypisane na niej.

Zrozumiała go.

Więc, wciąż chichocząc, zbliżył się do niej i wziął ją (i papier) w ramiona.

Był mokry przy jego klatce piersiowej.

Nie obchodziło go to.

– Przestań się martwić – rozkazał.

Spojrzała na niego.

Puścił ją jedną ręką, by wyjął z jej rąk papier i szczypce i odrzucił je na bok.

Szczypce zabrzęczały.

Papier się rozprysnął.

Po prostu otoczył ją ramieniem.

Jego Millie.

Jego dziewczyna.

Jedyna kobieta, jaką kiedykolwiek kochał, jedyna kobieta, którą będzie kochał.

Brał ją, dbającą o porządek, myjącą nocą jej kieliszek po winie, kupującą koty, które pasowały do jej domu.

I wziąłby ją będącą taką, jak była, gotującą gówna, którego prawdopodobnie nie chciał jeść i będącą wkurzoną, jak cholera i robiącą to w kuchni, która była katastrofą.

Weźmie ją, jakkolwiek przyjdzie.

Wziąłby od niej wszystko.

Nie zrobiłby czegoś, przez co mógłby ją stracić.

- Wszedłem na imprezę i zakochałem się w tobie. Przeszedłem przez ogień, kiedy cię straciłem. Mam cię z powrotem. Nic, Millie, nic nie sprawi, że cię stracę. Słyszysz?

Jej oczy były ciepłe, ale jej pytanie było pełne wahania – Czy ktoś… powiedział ci coś?

Powiedzieli.

Nie musiała tego wiedzieć.

– Bracia zrobią to dobrze – powiedział jej.

Zrobiliby, skoro zamienił słowo z Tackiem.

Przyjrzała mu się uważnie, nie spiesząc się, a potem rozluźniła się w jego ramionach.

– Dobrze, Low – powiedziała cicho.

- Nie będę też jadł pieprzonych sajgonek - powiedział jej.

Lekko wstrząsnęła się w jego ramionach, zanim jej brwi się złączyły.

– To jest tylko częściowo zdrowe, Logan. Reszta to mięso i sos.

- Nienawidzę sajgonek.

Jej brwi pozostały ściągnięte - Nie da się ich nienawidzić. Wszystko w nich jest dobre.

Spojrzał w bok, a potem na nią - Kiełki?

- To tylko woda. Nawet nie zmienią smaku.

- Pieprzenie.

- Logan…

- Wyłącz to wszystko. Posprzątamy później. Teraz jestem głodny. Jedziemy do Chipotle.

- Logan! - warknęła - Gotuję od godziny.

- Zjedz to na lunch – odpowiedział.

- Musisz jeść zdrowiej – oświadczyła - Oboje musimy.

- Dlaczego?

- Bo to jest dobre dla ciebie i masz uczyć swoje córki dobrych nawyków.

- Myślę, że Deb to załatwia, kotku.

Zamknęła buzię.

Miał ją.

Puścił ją, ale złapał ją za rękę i pociągnął w stronę drzwi – Masz jakieś tenisówki czy coś do wciągnięcia?

- Czy ja wyglądam na kobietę, która ma tenisówki?

Zatrzymał się i spojrzał na nią z góry - Chcesz być zdrowa, a nie masz tenisówek?

Spojrzała na ścianę.

Miał ją też z tym.

Znowu zaczął się śmiać.

Odwróciła się do niego, ale tylko po to, by się spiorunować.

- Kotku, weź sobie buty – zażądał.

– Idź do Chipotle. Chcę sajgonki – odpowiedziała.

– Włóż buty – powtórzył.

- Poważnie, Low. To może być katastrofa, ale może też być naprawdę dobre – odrzekła.

Przyciągnął ją do siebie, zginając szyję, by zbliżyć swoją twarz do jej.

- Weź sobie buty.

- To jest ta apodyktyczna część, której nie lubię – oznajmiła.

Cofnął się i uniósł brwi – Wyślesz swojego faceta samego na mróz po kolację?

- A to jest dotychczas niewymieniona manipulacja gorącego motocyklisty, której nie lubię.

Znowu zaczął się śmiać.

– Na szczęście dla ciebie, to lubię – powiedziała, kiedy to robił.

- Co? – zapytał, wciąż się śmiejąc.

- Śmiejesz się.

Przestał.

Wtedy sobie przypomniał.

A jak już sobie przypomniał, coś z tym zrobił.

Bo wrócił do domu, ale nie przywitał się odpowiednio z kobietą.

Więc mocno pociągnął ją za rękę, poczuł, jak jej ciało uderzyło w jego i dopilnował tego.

Kiedy skończył, walczył ciężko ze sobą i musiał to robić dalej, kiedy zobaczył jej oszołomioną twarz.

- Wyłącz to gówno, mała, włóż buty. Chodźmy na kolację. Słyszysz?

- Słyszę - wyszeptała. Potem spojrzała mu w oczy i coś wpłynęło do nich, co wraz z nagłym napięciem jej ciała sprawiło, że się naprężył, zanim powiedziała – Znalazłam terapeutę. Porozmawiam z nią o tym, co stało się z Valenzuelą.

- Daj mi znać, kiedy to gówno ma się odbyć – stwierdził natychmiast - Podwiozę cię.

Odprężyła się w jego ramionach.

Znowu się zacisnęła, kiedy zaczął oświadczać - Musisz wiedzieć, że się przeprowadzamy i zrobimy to wkrótce.

- Przeprowadzamy? - zapytała.

- Twoi sąsiedzi są do bani.

Opowiedział jej, że jej sąsiad był świadkiem porwania i nic z tym nie zrobił.

Kiedy więc to powiedział, ponownie się rozluźniła i dodała uśmiech.

– Polowanie na dom – mruknęła - Ubaw.

Jeśli tak myślała, była szalona.

Nie podzielał tego głównie dlatego, że stanęła na palcach, dotknęła ustami jego ust, a potem wyrwała się z jego ramion, by zrobić to, o co prosił.

Aby mogli zjeść to na ciepło, zjedli swoje burrito w Chipotle.

Na zewnątrz było zimno.

Ale najlepszymi, jakie mogła zdobyć, były klapki.

To było urocze.

To była Millie.

I to spowodowało, że się śmiał.


 #####

Majówka w domu oznacza, że publikuję codziennie, czyli epilog już jutro!

1 komentarz: