niedziela, 19 marca 2023

5 - Nie rób tego

 

ROZDZIAŁ 5

Nie rób tego

High

  

- Hej! High!

Wychodząc z tylnej części sklepu w kierunku Kompleksu, słysząc wołanie Cherry, High spojrzał w stronę warsztatu i zobaczył, jak szybko schodziła po schodach z biura na wysokich obcasach.

Zmienił kierunek i zaczął iść w jej stronę.

– Jestem w kropce – zawołała, kiedy zeszła na dół schodów i zaczęła biec do niego - Opony nie pasują!

High nic nie powiedział. Po prostu szedł do niej przez pas asfaltu.

- Kupujący przyjeżdża w poniedziałek, a Joker zdecydował się na inne opony, zamiast przerabiać nadkola - ciągnęła, wciąż stukając w jego stronę - Zadzwoniłam do pierwszych dwóch dostawców i nie mają tego, czego chce. I ja...

Spotkali się. Ona się zatrzymała. On też się zatrzymał i podniósł rękę, żeby też przestała ujadać.

– Czego potrzebujesz, Cherry? - zapytał.

– Potrzebuję opon – odpowiedziała – Co oznacza, że muszę obdzwonić wszystkich, żeby je znaleźć, a to oznacza, że nie mogę jechać po szampana.

Jego brwi się złączyły - Powtórz?

Wzburzona wyrzuciła rękę – Nie mogę jechać kupić szampana.

– Jakiego szampana? - zapytał.

– Na imprezę – wyjaśniła – Tack i ja przekazujemy dwanaście skrzynek szampana na tę zbiórkę pieniędzy, która odbywa się w centrum miasta. Zadzwonili i zażądali gwarancji. Byli w kropce, ponieważ coś się wydarzyło i darowizna na szampana się nie udała. To dobra sprawa i wielkie wydarzenie, a każde duże wydarzenie potrzebuje szampana. Ale nie było wystarczająco dużo czasu, aby zebrać braci, aby mogli głosować w sprawie darowizny, więc zdecydowaliśmy, że Tack i ja przekażemy ją osobiście.

- Myślę, że bracia by cię pokryli, skoro myślę, że trochę kosztowało - High poinformował ją o czymś, o czym absolutnie wiedziała.

Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się do niego - Nieważne. Tack i ja potrzebujemy również odpisów.

– Nieważne – mruknął i przeszedł do sedna – Więc czego ode mnie potrzebujesz?

Skinęła głową - Racja. Cóż, jest zamówiony, to znaczy szampan, a oni go potrzebują, bo impreza jest dziś wieczorem. Potrzebują go również na czas, aby móc schłodzić go w lodówce. Miałam go odebrać i tam zawieźć. Sklep może go załadować, a na miejscu zdarzenia mają ludzi, którzy go rozładują. Potrzebuję tylko przewozu. Ale teraz nie mogę…

- Gdzie ten alkohol i gdzie go dostarczyć? - zapytał.

Cherry uśmiechnęła się szeroko i krzyknęła - Jesteś najlepszy! - zanim wprawiła go w osłupienie, pochylając się, kładąc dłoń na jego klatce piersiowej i stając na palcach, by przycisnąć policzek do jego policzka.

Kurwa.

Nigdy go nie dotknęła.

Dziesięć lat znał tę kobietę, a ona go nie dotknęła.

Ani razu.

Odsunęła się, wciąż się uśmiechając, ale przekazując mu informacje, których potrzebował.

Skinął głową - Zajmę się tym.

- Jesteś dzisiaj moim wybawcą albo wybawcą Schroniska King’s.

Schronisko King’s. Opiekowali się uciekinierami.

Tak, dobry powód, dla którego bracia całkowicie zagłosowaliby za poparciem.

Nie wdawał się w to ponownie z nią.

Powiedział jej - Możesz tu dalej ze mną rozmawiać, albo ja pójdę po twoje gówno i zaniosę je do schroniska.

Ciągle się uśmiechała - W takim razie się zamknę. Dzięki, High. Jesteś najlepszy.

Nadal się uśmiechała, podnosząc rękę, a potem kobieta znów go dotknęła, ściskając jego biceps, zanim go puściła, obracając się na pięcie i pędząc w stronę warsztatu, jakby miała na to cały dzień i nie spieszyła się, by znaleźć jakieś opony.

Nie pomyślał o tym. Nie, kiedy patrzył, jak jej tyłek poruszał się w obcisłej spódniczce, tyłek, który był bardziej niż w porządku, nawet po tym, jak wyskoczyła z niego dwójka dzieci i był jędrny po czterdziestce.

Tack był szczęściarzem, ponieważ Cherry była jego kobietą.

High przestał śledzić jej tyłek i poszedł na swój motor, którym pojechał do mieszkania Boz’a, żeby móc zamienić go na jego pickupa.

Potem poszedł do sklepu monopolowego, zabrał ten alkohol i pojechał na miejsce, zatrzymując się za nim w miejscu załadunku, gdzie Cherry kazała mu jechać.

Kiedy High wyskoczył z pickupa, wybiegł jakiś dzieciak.

– Mam przesyłkę – powiedział do dzieciaka - Od Tyry Allen. Darowizna. Szampan.

- Racja - Dzieciak skinął głową, nie patrząc High’owi w oczy, co High’owi bardzo się nie podobało, bo nie było powodu, dla którego nie miałby tego robić. Zanim High zdążył to ustalić, dzieciak wymamrotał - Zaraz wracam.

Potem odwrócił się i pobiegł do budynku.

Kurwa.

Miał nadzieję, że to nie potrwa wiecznie. Tego ranka nie miał nic do roboty, ale wczesnym popołudniem musiał obejrzeć kolejne domy. Coś, czego nie wyglądał z utęsknieniem. Coś, czego nie lubił robić i to nie tylko dlatego, że widział już osiemnastu skurwieli, z których żaden nie był odpowiedni dla niego i jego dziewczyn. Ale też zaczął tę misję, nie lubił chodzić po domach innych ludzi, próbując wyobrazić sobie, że ich gówno zniknęło i było w nim nowe, żeby mógł uczynić to przyzwoitym miejscem dla niego i jego dzieci.

Na tę myśl wychwycił ruch, skupił uwagę na drzwiach i poczuł, jak jego ciało zaciska się.

Millie.

Pieprzona Millie wychodziła stamtąd z włosami zaczesanymi do tyłu i spiętymi u nasady szyi w wielki kok, a jej ciało okryte było sweterkową sukienką z golfem w kolorze toffi, sukienką, która muskała każdą pieprzoną krągłość – a miała ich wiele – kiedy jej stopy były w błyszczących, fantazyjnych, zajebiście seksownych butach na wysokich obcasach.

Ta suka rozpuściła włosy, żeby dostać jego penisa na polu Billa.

Tym razem wykorzystała sukienkę.

Jego ciało napięło się jeszcze bardziej.

Został wrobiony.

Co gorsza, wrabiano go, a on nawet nie wiedział, do jakiej gry go zmuszano. Nie widział jej od dwudziestu lat, teraz była wszędzie.

Cholerne, kurwa, gówno.

Natychmiast wkurzony bez powodu, High nie dostrzegł wyrazu jej twarzy, gdy zrobił dwa kroki w jej stronę, warcząc - Jaja sobie robisz.

Tack go ostrzegł. Powiedział, że on i Cherry wpadli na Millie, a Cherry miała zamiar wtykać nos w sprawy High’a.

Oczywiście zrobiła to i Millie weszła na całość.

Cholerna Millie.

Pieprzona suka.

- Co ty tutaj robisz? – zapytała i, nie mniej wkurzony, High przegapił ton jej głosu i nadal nie dostrzegał wyrazu jej twarzy.

- To było dawno temu, kobieto, ale nauczyłem się lekcji, której mnie nauczyłaś – uciął - Nie mogę sobie wyobrazić, jak myślisz, że możesz znowu mnie wrobić.

– Jak mogłabym… wrobić cię?

Chryste, była dobra w tym, co robiła. Gdyby był głupim osłem, myślącym kutasem, tak jak wtedy, gdy miał dwadzieścia kilka lat, naprawdę uwierzyłby w jej zmieszanie.

– Darowizna od Tyry Allen? - odgryzł się.

Zauważył, że jej twarz pobladła i miał to w dupie.

- Tyra Allen? - zapytała.

– Jezu, suko – wycedził, robiąc kolejny krok w jej stronę, zauważając również, że zesztywniała, nawet gdy cofnęła się o krok – Ty i starsza pani Tacka wymanewrowaliście mnie w to gówno.

– Ja… powiedziano mi, że szampan jest tutaj – powiedziała drżącym głosem i tak powinno się dziać. Była krętaczem rodzaju żeńskiego, co oznaczało najgorszego rodzaju, ale nie była głupia. Nie mogła przegapić, że był wkurzony.

- Tak - odparł - Darowizna od Tyry Allen.

– Podarowała go rodzina Masters – powiedziała.

– Właśnie – wycedził – A Masters to panieńskie nazwisko Tyry.

Jej oczy zrobiły się duże i pieprzyć go, suka miała czterdzieści jeden lat i to wciąż było słodkie.

Słodkie i fałszywe i totalne bzdury.

Zrobił jeszcze trzy kroki w jej stronę, co zaprowadziło go dokładnie w jej przestrzeń.

- Mówiłem ci, że nie chcę cię więcej widzieć - przypomniał jej twardo.

Patrzyła na niego nieruchomo, jakby była zamrożona.

– Miałem to na myśli – ciągnął dalej – Dostałaś to raz. Jak jeszcze raz pociągniesz to gówno, nie spodobają ci się konsekwencje.

– Co za gówno? – zapytała, jakby nie nadążała. Kurwa, jakby była tak zagubiona, że ledwo znała angielski.

– To gówno, które masz z Tyrą – warknął - Nie żeby cię to obchodziło, ale trzymaj tak dalej, nie tylko mnie wkurzysz, ale podkręcisz gówno z Tyrą i Tackiem. Ci dwoje zaczęli od najgorszego rodzaju wyboistej ścieżki, przez którą możesz przejść. Zasłużyli na spokojną żeglugę. Nie bądź suką, która sprawia im kłopoty.

– Tyra – wyszeptała, jakby coś jej świtało.

Pochylił się bliżej niej i poczuł jej zapach tak, jak tamtej nocy u Billa.

Pachniała inaczej niż wcześniej, kiedy myślał, że była jego. Jej włosy. Jej skóra. Wszystko inaczej.

Prawdopodobnie drogi szampon i zdecydowanie drogie perfumy.

Nie interesował się tym gównem.

Ale pieprzyć to, jeśli mu się to w niej nie podobało.

– Nigdy więcej, kobieto – stwierdził - Słyszysz?

– Ona… ona przyszła do mnie i…

Skończywszy z nią, podniósł rękę, by chwycić ją za łokieć, aby zwrócić na siebie jej uwagę i powiedzieć słowa, by to wyjaśnić.

Chciał jej coś przekazać, a nie ją skrzywdzić.

I nie zrobił jej krzywdy. Ledwo jej dotknął.

Ale odsunęła się, robiąc dwa szybkie kroki do tyłu, potykając się na obcasach i prostując się, a wszystko to tak, jakby chwycił, wykręcił jej rękę i spowodował agonię.

– Nie dotykaj mnie – syknęła i w końcu dotarło do niego, że jej wyraz twarzy wydawał się oszołomiony.

Teraz była wściekła.

Nie wiedział, na co ta suka mogła być wkurzona.

Wiedział jednak, że jej wkurzenie sprawiało, że był jeszcze bardziej wkurzony.

- Teraz będziesz tak grała? - zapytał nisko.

– Nie gram w żadną grę, High – warknęła i kurwa…

Kurwa.

Nigdy nie nazwała go High. Ani razu, kiedy byli razem.

Dlaczego teraz czuł to jak uderzenie pięścią w brzuch?

- Weź swojego szampana i idź – rozkazała.

- Zabierz tutaj swoich chłopców, żeby przyszli i go zabrali – skontrował.

– Nie potrzebujemy tego – odparła, unosząc podbródek - Coś wymyślę. A teraz weź to i idź.

– Namówiłaś Tyrę, żeby za to zapłaciła, nie bądź głupia. Jak jest tutaj, weź go.

- Niezależnie od tego, co myślisz, High, nie jestem w zmowie z Tyrą. Ona jest w zmowie z kobietami o imieniu Elvira i Lanie. Coś sobie wymyśliły. Sugerowałabym więc, żebyś wsiadł do pickupa, zabrał siebie i szampana z powrotem do Tyry i wyjaśnił jej, że nie chcesz mnie widzieć, tak jak ja już jej wyjaśniłam, że nie chcę widzieć ciebie.

- Racja - zadrwił - Jakbym w to wierzył.

– Mam w dupie, w co wierzysz – odparła, zimna jak lód – Ale w tej chwili mam event, który ma się odbyć za jakieś sześć godzin i czterdzieści cztery minuty, więc też nie mam czasu na twoje bzdury.

Przeszedł od bycia bardzo wkurzonym do cholernie bardzo wkurzonego.

– Moje bzdury? - odwarknął.

– Twoje… – pochyliła się w jego stronę – bzdury - Odchyliła się i kontynuowała - Skoro ty nie odchodzisz, ja pójdę.

I po tym zaczęła się obracać.

Więc High wrócił do jej przestrzeni, okrążył ją i zatrzymał się wystarczająco blisko, by zatrzymać jej ucieczkę.

– Nie odchodź, kurwa, ode mnie – warknął.

– Nie mów mi, co mam robić – odpaliła.

Zignorował to i rozkazał - Weź swoich chłopców, żeby przyszli po to gówno, żebym mógł odejść.

- Jak jesteś tak podekscytowany, aby pomóc dzieciom w Schronisku King’s, to znajdujesz facetów, którzy pomogą ci to rozładować – odpowiedziała.

– Więcej tego nie powiem – poinformował ją.

– Ja też nie – odparła.

- Suko... - zaczął warczeć, ale zatrzymał się, kiedy przekręciła się na palcach, tak że była cal od jego twarzy i wszystko w niej go zaatakowało, więc - pieprzyć go, tak cholernie słaby - właściwie nie mógł iść dalej.

- Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie suką, High, przysięgam na Boga, pożałujesz - zagroziła.

- Co zrobisz? - zapytał uszczypliwie - Wyssiesz mi fiuta do czysta?

Cierpienie przecięło jej rysy, odwzajemniając ból, którego, kurwa, nienawidził, a który czuł rozdzierający jego wnętrzności, zanim jej oczy zapłonęły.

– Boże, jesteś dupkiem – syknęła.

- Założę się, że jak rzucę cię na kolana i włożę w ciebie fiuta, z jednej strony lub z drugiej, a przestaniesz tak myśleć - odpowiedział.

– To się już nigdy nie powtórzy – oznajmiła kwaśno.

- Racja, jakby ten cały plan nie był twoją grą, by zdobyć więcej mojego fiuta - Przechylił głowę na bok i zapytał sarkastycznie - Co się stało, mała? Okres posuchy?

– Odsuń się – zażądała.

– Jak każesz swoim chłopcom rozładować, wypieprzę cię w twarz z tyłu mojego pickupa – zaoferował.

Odsuń się – warknęła.

Wzruszył ramionami - Mnie to wszystko jedno, jak chcesz, mogę wziąć twoją cipkę.

Znów stanęła na palcach - Odsuń… się.

Uniósł brwi w fałszywym szoku - Wolisz w dupę?

Spojrzała na niego gniewnie, próbując wytrzymać jego spojrzenie, rozpoczynając nową grę, której nie mogła wygrać.

I nie zrobiła tego.

Spróbowała więc innej taktyki. Wiedział to, kiedy zobaczył, że jej oczy są mokre.

Kolejna gra, której nie mogła wygrać.

– Najładniejsza płaczka, jaką kiedykolwiek znałem – wyszeptał i usłyszał, jak jej oddech wstrzymał się, a jej wzrok zwrócił się w poszukiwaniu.

Głupia suka myślała, że wygrała.

Ale nie kłamał. W tamtych czasach, gdy cokolwiek doprowadzało ją do łez, nie płakała brzydko, nie czerwieniła się i nie robiła min. Płakała jak wytrawna aktorka, którą była.

– Dobrze, mała – trzymał ją w napięciu - Dam ci, czego chcesz, bo nie dostałaś tego ostatnim razem, a ja wiem, jak bardzo to kochasz. Zjem cię, zanim cię zerżnę. Po prostu każ swoim chłopcom przenieść ten pieprzony alkohol.

Jej głowa gwałtownie odskoczyła, jakby ją uderzył, i on też to poczuł w brzuchu.

– Myślę, że cię nienawidzę – oświadczyła, brzmiąc na autentycznie wstrząśniętą, nie wspominając o tym, że wyglądała tak samo.

Była w tym dobra.

Mistrzyni.

– Nie ma myślę z mojej strony – odparł.

Pociągnęła nosem, opanowując się, a potem wyprostowała ramiona.

- Dobrze, High. Wygrałeś. Poproszę Scotta, żeby zebrał kilku chłopców do rozładunku pickupa. A teraz – przechyliła głowę, ale wytrzymała jego wzrok – czy zejdziesz mi z drogi?

Od razu odszedł na bok.

Nie wahała się ruszyć swoim krągłym tyłkiem do drzwi, przejść przez nie, znikając w cieniu.

Stał tam, wpatrując się w te cienie zbyt długo, zanim podniósł rękę, przeczesał palcami włosy i ruszył do pickupa.

Wyjął osiem z dwunastu skrzynek i ułożył je przy drzwiach, zanim dzieciak wrócił z kumplem.

Ledwo uprzątnęli ostatnie pudło, kiedy zatrzasnął klapę i ruszył do kabiny.

Pojechał prosto do Chaosu, zaparkował u podnóża schodów prowadzących do biura warsztatu, wysiadł z pickupa i wszedł, skacząc po dwa stopnie na raz.

Głowa Cherry odskoczyła w jego stronę, gdy tylko otworzył drzwi.

Widział w niej nadzieję.

Potem zobaczył, jak to zamknęła, przybrała neutralny wyraz twarzy i uniosła brwi.

O tak, został wrobiony.

- Wszystko okej? - zapytała z lekkim uśmiechem.

- Nie rób tego – odpowiedział, nawet nie wchodząc do końca, stojąc w otwartych drzwiach.

To nie potrwa długo, ale jego przesłanie będzie jasne.

Wyglądała na zaniepokojoną, zanim zapytała – Czego nie robić?

- Szacunek - powiedział cicho – Masz to, Cherry. Wiesz o tym. Nie strać tego. Tylko nie rób tego. Słyszysz?

Obróciła swój fotel w jego stronę, zaczynając - High...

– Nie rób tego – powtórzył - Słyszysz?

Wstała - Myślę, że nie rozumiesz.

- Nie, kotku. Ty nie rozumiesz. A ja proszę, Tyro, wysłuchaj mnie. Proszę cię, żebyś przestała. Nieważne, co ona ci powiedziała. Przestań.

Patrzył, jak jej brwi się ściągnęły, a ona zapytała – Co mi powiedziała?

Nie zamierzał tam iść.

– Skończyłem z tym – powiedział jej - I ty skończ z tym. Wtedy będziemy okej. Jak ty jeszcze nie skończyłaś, nie będzie dobre, Cherry. A ja, szczerze mówiąc, nie chcę tego, więc nie rób tego w ten sposób.

Potem wyszedł za drzwi i poruszał się dalej, nawet gdy usłyszał jej wołanie - High!

Zbiegł po schodach, wsiadł do pickupa i zawrócił na dziedzińcu, gdy zobaczył Cherry schodzącą po schodach.

Potem wyjechał z Ride i nie oglądał się za siebie.

*****

– Myślisz, że odpuści? - zapytał Boz.

High i jego brat siedzieli przy kuchennym stole Boz’a, przed nimi stała butelka wódki i szklanki, bez lodu i dodatków.

To nie była taka noc.

Mówili o Cherry.

I Millie.

Pieprzonej Millie.

Wróciła.

Dwadzieścia lat z nią jako duchem w jego głowie, nawiedzającym jego wspomnienia, nękającym go, sprawiającym, że zastanawiał się, jakim cudem był tak cholernie głupi, że odczytał to tak kurewsko źle.

I była z powrotem.

Nie duch.

Szukała go u Billa.

Rzuciła się na niego.

Chryste, kiedy ta suka pociągnęła go za pasek, żeby dostać się do jego fiuta… Chryste.

Cholera, mógłby wmawiać sobie, że zapomniał.

Mógł dać wmówić sobie i pozwolić jej mieć wszystko, czego, kurwa, chciała… znowu.

Dać z siebie wszystko… znowu.

Po prostu mieć to z powrotem, nawet jeśli to było kłamstwo.

Do diabła, mógłby dać się namówić na zniesienie bólu jeszcze przez dwadzieścia lat, tylko po to, żeby to odzyskać.

Nawet jeśli miało to być tylko na jeden dzień.

Nalał więcej wódki do kieliszka, spojrzał na Boz’a i odpowiedział na jego pytanie - Ona jest Cherry. Nie wiadomo, co ona zrobi.

Boz wziął swoją szklankę i odrzucił kulkę, upuszczając ją na stół, mówiąc - Tack przemówi jej do rozsądku.

- Boz, bracie, jeździłeś pociągiem Tack i Tyra z nami przez prawie dekadę. Kobieta robi to, co robi. A on na to pozwala. Tak już jest.

Boz przeniósł wzrok na High’a.

- Tak - powiedział cicho - w każdej innej rzeczy. Ale to ty, High. Ty i Tack macie swoją historię, ale to ty jesteś brat, a to ty i ta cipa. On wie. Zna tę sukę. Cherry nie wie – Jego głos jeszcze bardziej się obniżył – Przemówi jej do rozsądku.

W ustach miał kwaśny posmak, gdy słuchał, jak Boz nazywał Millie w ten sposób.

Już dawno przestał się zastanawiać, kiedy ta reakcja go opuści. Automatyczna potrzeba obrony jej. Był już do tego przyzwyczajony, a teraz przynajmniej już nie chciał wpychać pięści w gardło każdemu mężczyźnie, który zwracał się do niej w ten sposób. A na początku, kiedy bracia byli tak wkurzeni tym, co zrobiła, to była poważna walka.

High nie odpowiedział Boz’owi głównie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. W przypadku Cherry, zwłaszcza jeśli ona i Millie połączyły Elvirę i Lanie – pierwsza bardziej szalona niż ostatnia, ale niewiele – nie wiadomo było, co się mogło stać.

Miał tylko nadzieję, że żadna z tych kobiet nie popchnęłaby go za daleko. Lubił je wszystkie. Były Chaosem, nawet Elvira, która nie rościła sobie prawa do żadnego brata. Rodzina była rodziną i oni byli rodziną, taką, która była o wiele bliższa niż krewni.

Ale za daleko dla mężczyzny takiego jak on, było po prostu za daleko.

On nie odpowiedział też, bo miał dość jak na jedną noc.

Wziął więc kieliszek, wychylił wódkę i postawił go na stole.

– Zabieram się – mruknął, odsuwając krzesło.

– Racja – odparł Boz - Później.

– Później, bracie – odparł High, przechodząc przez tylne drzwi, przez długi płot z boku domu Boz’a do dużej przestrzeni, gdzie Boz pozwalał mu trzymać jego kampera.

Zatrzymał się tutaj, odkąd podarował dom swojej od niedawna byłej żonie, Deb. I to było coś, co zrobił, ponieważ nie chciał, by życie jego dziewczyn było bardziej popieprzone niż już było.

Wisiała tam Cleo, jego najstarsza. Była twarda, jak jej ojciec. Była też mądra. I była jego dziewczyną. Kochała go całkowicie. Kochała też swoją mamę, ale była córką swojego taty. I bez względu na to, jak bardzo on i Deb próbowali to ukryć, wyczuwała, że nie byli szczęśliwi, a teraz on wyczuł, że poczuła ulgę, że to koniec.

Co było do bani.

Zadie miała problemy. Jego córeczka miała głowę w chmurach, więc mógł spojrzeć wstecz i zobaczyć ją w łóżeczku, wpatrującą się w komórkę, nie widzącą tego gówna, ale widzącą jej małe dziecięce marzenia. Nic nie wyczuła. Jego dziecko miało dziesięć lat, a ona wierzyła, że poślubi księcia w sposób, który wystraszył High’a, ponieważ było to na sposób, w jaki nie zamierzała porzucić tego marzenia.

Nigdy nie porzuciła żadnego marzenia.

Jak szczęśliwy dom z mamą i tatą razem.

Więc nie tkwiła w tym. Nienawidziła tego, że się rozstali.

Co też było do bani.

Musiał je ustawić. Wejść do domu, aby zmiana nie wydawała się tymczasowa. Zapewnić im własny pokój, przestrzeń, która będzie ich własnością, w miejscu, które będzie jego.

W wieku dwunastu i dziesięciu lat potrzebowały teraz mamy, więc nie dążył do częściowej opieki nad nimi. Potrzebowały stabilizacji. Przyjeżdżały, by być z tatą co drugi weekend.

On i Deb zawarli układ. Nie skakali sobie do gardeł. Po prostu im się poszczęściło i jednocześnie doszli do wniosku, że wystarczy. Nie kochali się, nigdy się nie kochali. Wprowadził ją w ciążę i nie był typem człowieka, który pozwoliłby, by ta odpowiedzialność zniknęła, kiedy powiedziała, że zamierzała ją zatrzymać i że potrzebowała go finansowo. Więc wzięli ślub.

Ale lubili się nawzajem i oboje doszli do wniosku, że lepiej byłoby to zakończyć, niż czekać, aż by to się pogorszyło, ponieważ wymknęło się ich życie w małżeństwie, którego nie lubili.

Więc Deb była dobra, gdy przychodził na obiad. Chodził na recitale dziewcząt i siedział tam z nią. Odbierał je i przyjmował je w Kompleksie lub zabierał je na pizzę lub lody, kiedy nie był to jego czas.

Nie widywał ich codziennie, co nie było do niczego.

Całkowicie do bani.

Ale musiał dać im to, czego potrzebowały.

A kiedy potrzebowały taty, a on miałby miejsce, w którym czułyby się bezpiecznie, zanim znalazłyby się w strefie (lub blisko niej), w której stałyby się kobietami, byłby dla nich właśnie tam i miałyby mamę częściej. Deb i on zgodzili się, że kiedy Cleo będzie miała czternaście lat, a Zadie dwanaście, będą miały tatę na dłużej. Więc po dwóch latach, o których wiedział, że będą to dwa długie lata, podzielą się opieką na połowę.

Wszystko było w ich umowie.

Musiał tylko znaleźć pieprzony dom i nie chciał czekać z tym dwa lata.

Jego kamper był gównem. Nawet Deb, która nie zgadzała się z nim prawie w niczym, co zrobił przez ostatnie trzynaście lat, lubiła ten kamper i robiła to, nawet wiedząc, ile ten skurwiel kosztował.

Ale mieszkał w nim od dziewięciu miesięcy obok domu Boz’a.

Musiał znaleźć pieprzony dom.

Podszedł do bocznych drzwi, otworzył je, wszedł do środka i włączył go.

Włączył jeden z telewizorów (ta rzecz miała cztery, w tym jeden wbudowany na zewnątrz) i usiadł, żeby zdjąć buty.

Nie zdążył zdjąć pierwszego, zanim coś przykuło jego wzrok i napiął się.

Potem, zamiast zdjąć but, wyciągnął nóż z boku.

Powoli wstał i podszedł do szafki, czujnie otwierając ją, sięgając wysoko, odpychając worek mąki, który był tam tylko po to, by ukryć to, co się za nim znajdowało. Sięgnął do środka, chwycił broń i ostrożnie ruszył korytarzem, zatrzymując się przed łazienką.

Stojąc na zewnątrz, ostrożnie zacisnął dłoń na drzwiach i włączył światło. Jeszcze ostrożniej zajrzał do środka.

I nic nie zobaczył.

Kontynuował, aż trafił do sypialni.

Zrobił to samo co z łazienką.

Ale nikogo tam nie było.

Chaos nie miał ostatnio wielu problemów, nie tak jak kiedyś, kiedy miał swoich sojuszników… ale miał też swoich wrogów.

Wciąż jednak mieli jeden problem. Duży. Był nim potężny psychopata o imieniu Benito Valenzuela, który chciał cofnąć całą pracę wykonaną przez Chaos, aby oczyścić ich terytorium, pracę, którą utrzymywali mocną od lat.

Sprawy z Valenzuelą były ciche. Ale toczyły się zbyt długo, mężczyźni zaczynali się denerwować, a gracze w Denver nie traktowali klubu poważnie, więc Chaos ostatnio zintensyfikował manewry, aby go ostrzec, co oznaczało, że wszyscy bracia byli na krawędzi.

A ostatnio, kiedy Millie wróciła, High był zdenerwowany różnymi rzeczami, nie tylko Valenzuelą.

Zacisnął zęby i wpatrywał się w wielką niebieską plastikową skrzynię z białym przykryciem, stojącą na jego łóżku.

Potem wydał zirytowany dźwięk w gardle, kiedy zobaczył złożoną kartkę papieru z napisem „High” pismem Cherry.

Nieraz pożyczał kampera Tackowi i jej, żeby zabierali chłopców do parków stanowych i robili inne gówna.

Miała klucz.

– Kurwa – wymamrotał.

Wpychając pistolet za pasek z tyłu, rzucając nóż na łóżko, sięgnął do papieru.

Rozwinął go i przeczytał:

High,

Millie dała Lanie, Elvirze i mnie tę skrzynię. Powiedziała, że nie może się zmusić do pozbycia się tego, co jest w środku, więc poprosiła nas, abyśmy zrobiły to za nią. Kiedy zobaczyłyśmy, co to jest, też nie mogłyśmy się zmusić, żeby to zrobić. Zgaduję, z naszej dzisiejszej rozmowy, że ty możesz.

Więc zrób to.

Naprawdę przepraszam, że wpakowałam się w to z tobą i Millie.

Zdenerwowałam ciebie i Millie w naprawdę zły sposób. Najwyraźniej ona też po prostu chce iść dalej. Powinnam była zostawić to w spokoju.

Teraz zostawię to w spokoju i porozmawiam z Lanie i Elvirą, żeby one też to zrobiły.

Przepraszam jeszcze raz, High.

Cherry

Nie chcąc, ale nie mogąc się powstrzymać, przekręcił zatrzaski, odrzucił wieko i wciągnął powietrze na widok tego, co zobaczył.

– Kurwa – szepnął – Ta pieprzona suka.

Nie tracił czasu, sięgając poza skrzynię, chwytając pokrywę, by ją z powrotem założyć i ponownie ją zapinając.

Potem spojrzał na skrzynię.

Jezu, dobrze wiedziała, jak grać w tę grę. To, co było w tej skrzyni, sprawiło, że Cherry i jej załoga z trudem kopałyby, robiłyby to głęboko i nie poddawałyby się, dopóki praca, którą chciałyby wykonać, nie zostałaby wykonana.

Po prostu nie zrozumiał tego, czego chciała. Nie pozwolił jej podejść do niego tylko dlatego, że była wściekła na jego kutasa.

Kłamstwo, którym żyli, nie obejmowało kurewsko spektakularnego seksu.

Tak było.

Za każdym razem.

A ona dyszała za tym.

Za każdym razem.

Może trafiła na czas posuchy.

Może się po prostu nudziła.

Nie obchodziło go to.

Cokolwiek to było, musiał to zamknąć.

Nie miał pojęcia, dlaczego zatrzymała te zdjęcia, poza tym, że przechowywała wszystko. Pamiątki z koncertów. Na wpół podarte bilety z kina. Wstążki z prezentów. Plastikowe kubki z wypisanymi ich imionami z imprez. Sznury świątecznych lampek, które nie działały, a ona była pewna, że mogłaby je naprawić, gdyby znalazła przepaloną żarówkę (ale nigdy nie znalazła przepalonej żarówki, chociaż kobieta próbowała, siedząc na podłodze, wyciągając jedną i wtykając drugą przez pieprzone godziny).

I każde zdjęcie zrobione im razem, nawet jeśli było nieostre, jedna z ich twarzy była ucięta lub połowa ujęcia była zasłonięta palcem.

Te nie tworzyły jej albumów, ale się ich nie pozbyła.

Zachowała je.

Wszystkie.

Przez dwadzieścia lat.

I znalazła dla nich zastosowanie.

Podniósł skrzynię, przeciągnął ją przez kampera, postawił, żeby otworzyć drzwi, a potem wyrzucił ją na zimno. Usłyszał, jak wylądowała z hukiem, ale nie zwracał na to uwagi, kiedy zamknął drzwi na klucz.

Potem wrócił do zdejmowania butów, a robiąc to, ponownie myślał, że nie miał pojęcia, dlaczego wróciła. Nie miał pojęcia, czego od niego chciała. Nawet go to, kurwa, nie obchodziło.

Po prostu wiedział, że wszystko było po to, żeby to zdobyć.

A żaden człowiek nie mógłby stoczyć wojny i wygrać bez informacji.

Wydawało mu się, że dwadzieścia lat temu znał Millie Cross, ale tak nie było.

Teraz wiedział o niej ni chuja.

Sięgnął więc do tylnej kieszeni spodni, wyciągnął telefon, przeszedł do kontaktów i dotknął ekranu, aby się połączyć.

Przyłożył telefon do ucha.

- Powiedz mi, że dzwonisz, żeby umówić się na grę – szepnęła mu do ucha Shirleen Jackson.

- Bierz pieniądze, kiedy tylko chcesz - odpowiedział.

Wyciągnęła - Proszę.

Ale blefowała. Dlatego zawsze przegrywała. To i fakt, że mógł czytać, co miała w ręce, patrząc na jej twarz.

Do diabła, ta kobieta prowadziła gry w pokera w Denver, a była najgorszym graczem, jakiego znał.

Ale teraz była także recepcjonistką w Nightingale Investigations, czołowej prywatnej firmie detektywistycznej w całym regionie Gór Skalistych.

I była przyjaciółką.

Shirleen i High mieli swoją historię. Zrobiłaby dla niego wszystko, a on by się odwdzięczył.

Nie chodziło o przysługi.

Chodziło o więź. Takie okoliczności w życiu, że nie można tego złamać.

Była brudna.

On też.

Ale ona była brudna, kiedy miała tylko swojego bratanka po swojej stronie.

On był brudny, kiedy za nim stali wszyscy jego bracia, bo cały Chaos w tym był, a potem w Klubie był rozłam.

Nadal on miał braci po swojej stronie, a ona miała tylko Dariusa.

Darius był lojalny i mądry, ale był tylko jednym mężczyzną, którego Shirleen czuła potrzebę ochrony.

Więc był czas, kiedy nie było nikogo, kto mógłby chronić Shirleen.

Oprócz High’a.

Dokonał tego.

Nigdy tego nie zapomniała.

Była typem kobiety, która nigdy by nie zapomniała.

- Potrzebuję czegoś - powiedział jej.

- Daj to mnie – zaprosiła, jak wiedział, że by zrobiła.

- Cokolwiek i wszystko, co można wykopać na Millicent Annę Cross. Kobieta. Czterdzieści jeden. Mieszka w Denver. Napiszę ci, co jeszcze na nią mam, co ułatwi ci życie. Ale najpierw poproszę adres.

– Masz to – odpowiedziała.

- Chłopców to nie dotyczy, Shirleen - powiedział jej - Nightingale lub którykolwiek z nich. Utrzymuj to w ciszy. Tylko ty wiesz. Tak?

– Tak, High – zgodziła się, po czym zapytała dociekliwie – Wszystko w porządku?

Nie wahał się jej tego dać.

- Wciągnięto mnie grę, w której nie chcę brać udziału, ale jestem w niej i tym razem zamierzam wygrać.

– Racja – powiedziała cicho. Potem ciszej – Spotkałam cię, kiedy to się skończyło, chłopcze, ale każdy, kto wtedy grał w Denver, wiedział, że miałeś dziewczynę o imieniu Millie.

Wziął głęboki oddech.

Potem powiedział - Po prostu daj mi tyle, ile możesz.

- Okej, High.

Oparł się plecami o poduszki kanapy - Wkrótce ustawimy grę.

- Tylko nie przyprowadzaj Hound’a. jestem pewna, że ten chłopak to oszust – mruknęła.

W przypadku kogokolwiek innego takie obelgi wobec brata byłyby zaproszeniem do zemsty.

Ale dla High Shirleen była rodziną, więc nic nie zachęcało do zemsty.

- Jak Hound wywęszy grę, nic nie powstrzyma go przed pokazaniem się.

– Cokolwiek – mruknęła - Teraz będziemy strzelać gówna, czy pozwolisz mi odpocząć?

– Nie przyszłoby mi do głowy, żeby przerywać twój odpoczynek dla urody.

– Już to zrobiłam, chłopcze.

Po dostarczeniu tego rozłączyła się.

High zdjął telefon z ucha i uśmiechnął się do niego.

Potem rzucił ją na poduszkę obok siebie i zobaczył stos naczyń w zlewie, gdzie zostawił je rano, mówiąc sobie, że zajmie się nimi tej nocy.

Nie zamierzał zmywać naczyń.

Miał paść do wyra.

Nie zwlekał z tym.

Kamper był bałaganem.

Ale jego pościel była czysta. Upewnił się, żeby sprać zapach Millie.

Niestety, nie mógł przestać o niej myśleć w ciemności, leżąc w łóżku, gdzie trzymał jej tyłek w swoich dłoniach, widok na jego tatuaż na jej plecach był nieunikniony, więc w końcu musiał zakryć go dłonią, żeby mógł skoncentrować się na dojściu zamiast pieprzenia jej przez tak długo, jak mógł, nawet gdyby udało mu się to zrobić do ostatniego tchnienia.

Cleo i Zadie.

Deb wybrała imię dla jego najstarszej córki, High dla następnego dziecka.

Żadne z nich nie było nawet w pobliżu dziesięciu imion, które wybrali z Millie.

Pięć dla chłopców. Piątka dla dziewczyn. W ten sposób mieli pewność, że będą kryci, cokolwiek się stanie.

Jej dwa najlepsze typy dla dziewcząt to imiona jej dwóch babć.

Katherine i Ruth.

Katy i Ruthy.

Zastanawiał się, czy jej dziewczyny są teraz z nią, czy z jakimś byłym.

Zacisnął zęby na ten pomysł, ale to nie powstrzymało myśli, które obejmowały zastanawianie się, czy, jeśli zamiast tego miała chłopców, wybrała najlepsze imiona, o których zdecydowali. Flynn i Chance.

Nie zdziwiły się, chociaż nadanie dzieciom innego mężczyzny ich męskich imion byłoby nie do pomyślenia, nawet dla niej.

Ale była szaleńczo nastawiona na wybieranie właściwych imion. Trzy cholerne lata to przerabiali. To było jak gra, którą oboje lubili, przechodząc od dziwacznych do wzniosłych wyborów, próbując rozśmieszyć się nawzajem, ale także będąc poważnymi, ustalając niektóre, przestawiając ulubione, dopóki nie byli pewni.

Ale nigdy nie przestali o tym mówić, rzucając jedno imię przez drugie tylko po to, by zobaczyć, czy to pasowało.

Aż do kilku miesięcy przed tym, jak odesłała go spakowanego.

Potem przestała to robić, a każda dyskusja, jaką mieli na ten temat, kiedy to zrobił, była z jej strony sztywna i wymuszona, jakby chciała, żeby myślał, że nadal się tym interesowała, kiedy absolutnie nie robiła tego.

Wtedy naprawdę tego nie zauważył.

Podobnie jak Zadie żył w świecie marzeń.

Potem Millie go wyrzuciła.

A teraz był tutaj, miał czterdzieści cztery lata i po drodze narobił ogromnego bałaganu. Miał małżeństwo bez miłości, które trwało trzynaście lat. Miał tak wiele bliskich wyborów, tak wielu różnych odmian, które mogły mu zapewnić inne życie lub przedwczesną śmierć, to nie było kurewsko zabawne.

Ale poza jego życiem wciąż miał swoich braci i miał swoje dwie córki.

I przez trzy lata żył marzeniem.

Marzeniem, które był kłamstwem.

Ale przynajmniej wydawało mu się, że to było marzenie, zanim dowiedział się, że to było kłamstwo i przyjął to.

W życiu High’a, odkąd stracił Millie, przyjąłby to.

I cieszyłby się z tego.

*****

Dwadzieścia trzy lata wcześniej, pokój wspólny Kompleksu Chaos …

– Ona jest tym dla ciebie, prawda, High?

Na słowa Blacka Logan oderwał wzrok od Millie, która była po drugiej stronie pokoju z Chew, chichocząc, gdy tarantula Chew’a pełzała po niej.

Tarantula Chew’a i fakt, że miał siedem takich skurwieli i zawsze miał jednego – jego słowa, odkąd był małym dzieckiem – dlatego brata nazywano „Chew”.

- Taka lekka! - Millie płakała - I futrzana. Ona łaskocze!

Chew uśmiechnął się do niej w sposób, który nie spodobał się Loganowi, ale nic z tym nie zrobił, bo wiedział, że chociaż Chew wyraźnie coś czuł do jego dziewczyny, była dziewczyną Logana, a Chew był jego bratem. Nie tylko Millie by tego nie zrobiła, Chew też by tego nie zrobił.

Millie popatrzyła na niego - Logan! Potrzebujemy tarantuli!

Nie chciał pieprzonej tarantuli.

Ale jeśli ona tego chciała, on ją dla niej załatwił.

Nie powiedział tego.

Uśmiechnął się tylko.

Odwróciła się z powrotem do pająka pełzającego po ramieniu, które uniosła przed jej twarz.

Logan odwrócił się do Blacka, który stał obok niego, podobnie jak Tack.

- Tak - odpowiedział.

- Szybko zamieszkaliście razem - mruknął Tack, spoglądając na niego przyjaźnie, ale z troską.

Logan lubił Tacka, ale brat go przerażał, bo był jak geniusz czy coś. Widział rzeczy, których inni nie widzieli.

I nie myślał krok do przodu, ani dwa, ani pięć, ale pięćdziesiąt.

Z tego powodu pojawiły się kłopoty.

Człowiek taki jak Tack nie był żołnierzem.

Człowiek taki jak Tack był przywódcą.

Wszyscy mężczyźni to wiedzieli.

W tym ich obecny prezes, Crank, któremu się to nie podobało.

– Tak – powtórzył Logan, odpowiadając na pytanie Tacka, bo miał rację.

Millie i on mieszkali razem od kilku tygodni. Uczyła się w college’u i pracowała na pół etatu.

Oficjalnie przeszedł inicjację w Klubie i miał udział w klubowych zyskach brata.

Więc wszystko było dobrze, według jego sposobu myślenia.

Prawdę powiedziawszy, jej rodzice nie byli podekscytowani tym, że zamieszkali razem. Zgodzili się pokryć jej czesne, płacić za książki, ale ponieważ wprowadziła się do niego, zrobiła to szybko i zrobiła to bez obrączki na palcu, nie dali nic więcej.

To oznaczało, że Logan ją krył, mimo że ciężko pracowała, zarówno w szkole, jak i w tej gównianej pracy, którą miała w sklepie w centrum handlowym, żeby nie musiała zbytnio na nim polegać.

Nie obchodziło go to.

Kładł się obok niej do łóżka, budził się obok niej, była jego. Mogłaby rzucić robotę i siedzieć przed telewizorem i jeść M&Ms’y przez cały dzień, gdyby mu na tym zależało. Dopóki uśmiechała się do niego tak, jak uśmiechała się do niego, jakby żaden mężczyzna na tej planecie nie oddychał, będzie się nią opiekował.

- Dobry wybór - zauważył Black, a Logan poświęcił mu uwagę, by zobaczyć, jak Black patrzył na Millie – Pozornie, ona nie jest starszą panią - Jego spojrzenie powędrowało do Logana - Głęboko tam, gdzie powinno być to gówno, ona jest o tym wszystkim.

- Tak - powtórzył Logan, bo to była prawda.

Chodziło jej wyłącznie o rodzinę. Jej. Jego. Tą, którą zamierzali stworzyć pewnego dnia.

Więc tak. Zdecydowanie.

Chodziło jej o to.

Starsza pani na wskroś.

Ale tylko dlatego, że był motocyklistą. Byłaby taka, jakiej potrzebował.

To była Millie.

– Cieszę się twoim szczęściem, bracie – powiedział Tack – W twoim wieku mężczyźni nie znajdują tego właściwego - Poklepał Logana po ramieniu - Ty to zrobiłeś.

Logan kiwnął brodą.

– Tak, zrobiłem – zgodził się.

Millie ponownie zachichotała i oczy wszystkich mężczyzn skierowały się na nią.

Teraz pełzały po niej dwie tarantule Chew’a.

A ona to uwielbiała.

A Logan ją kochał. Nie obchodziło go, co było napisane, jakie to było niemożliwe, skoro byli razem zaledwie kilka miesięcy. Zakochał się w chwili, gdy na nią spojrzał. Bardziej zakochał po ich pierwszym „hej”. Potem bardziej, kiedy powiedziała mu, jak ma na imię. I jeszcze bardziej, kiedy wyglądała na tak uroczo zranioną, kiedy myślała, że się z tego śmiał.

A potem bardziej.

I nawet bardziej.

To będzie trwało wiecznie, wiedział o tym.

Każdego dnia, aż do śmierci, będzie zakochiwał się w niej coraz bardziej.

Był cholernym szczęściarzem i wiedział o tym. Miał dobrą rodzinę. Zostawił to, trochę się zabawił, narobił kłopotów, znalazł Chaos i zasłużył sobie na nową rodzinę.

Potem znalazł Millie.

Tak, był cholernym szczęściarzem.

I kiedy wpatrywał się w Millie z tarantulami, czując, jak drgały mu usta, wiedział o tym.

 


 

2 komentarze: