ROZDZIAŁ
5
Nie
rób tego
High
-
Hej! High!
Wychodząc
z tylnej części sklepu w kierunku Kompleksu, słysząc wołanie Cherry, High
spojrzał w stronę warsztatu i zobaczył, jak szybko schodziła po schodach z
biura na wysokich obcasach.
Zmienił
kierunek i zaczął iść w jej stronę.
–
Jestem w kropce – zawołała, kiedy zeszła na dół schodów i zaczęła biec do niego
- Opony nie pasują!
High
nic nie powiedział. Po prostu szedł do niej przez pas asfaltu.
-
Kupujący przyjeżdża w poniedziałek, a Joker zdecydował się na inne opony,
zamiast przerabiać nadkola - ciągnęła, wciąż stukając w jego stronę - Zadzwoniłam
do pierwszych dwóch dostawców i nie mają tego, czego chce. I ja...
Spotkali
się. Ona się zatrzymała. On też się zatrzymał i podniósł rękę, żeby też
przestała ujadać.
–
Czego potrzebujesz, Cherry? - zapytał.
–
Potrzebuję opon – odpowiedziała – Co oznacza, że muszę obdzwonić wszystkich,
żeby je znaleźć, a to oznacza, że nie mogę jechać po szampana.
Jego
brwi się złączyły - Powtórz?
Wzburzona
wyrzuciła rękę – Nie mogę jechać kupić szampana.
–
Jakiego szampana? - zapytał.
–
Na imprezę – wyjaśniła – Tack i ja przekazujemy dwanaście skrzynek szampana na
tę zbiórkę pieniędzy, która odbywa się w centrum miasta. Zadzwonili i zażądali
gwarancji. Byli w kropce, ponieważ coś się wydarzyło i darowizna na szampana
się nie udała. To dobra sprawa i wielkie wydarzenie, a każde duże wydarzenie
potrzebuje szampana. Ale nie było wystarczająco dużo czasu, aby zebrać braci,
aby mogli głosować w sprawie darowizny, więc zdecydowaliśmy, że Tack i ja
przekażemy ją osobiście.
-
Myślę, że bracia by cię pokryli, skoro myślę, że trochę kosztowało - High
poinformował ją o czymś, o czym absolutnie wiedziała.
Potrząsnęła
głową i uśmiechnęła się do niego - Nieważne. Tack i ja potrzebujemy również
odpisów.
–
Nieważne – mruknął i przeszedł do sedna – Więc czego ode mnie potrzebujesz?
Skinęła
głową - Racja. Cóż, jest zamówiony, to znaczy szampan, a oni go potrzebują, bo
impreza jest dziś wieczorem. Potrzebują go również na czas, aby móc schłodzić
go w lodówce. Miałam go odebrać i tam zawieźć. Sklep może go załadować, a na
miejscu zdarzenia mają ludzi, którzy go rozładują. Potrzebuję tylko przewozu.
Ale teraz nie mogę…
-
Gdzie ten alkohol i gdzie go dostarczyć? - zapytał.
Cherry
uśmiechnęła się szeroko i krzyknęła - Jesteś najlepszy! - zanim wprawiła go w
osłupienie, pochylając się, kładąc dłoń na jego klatce piersiowej i stając na
palcach, by przycisnąć policzek do jego policzka.
Kurwa.
Nigdy
go nie dotknęła.
Dziesięć
lat znał tę kobietę, a ona go nie dotknęła.
Ani
razu.
Odsunęła
się, wciąż się uśmiechając, ale przekazując mu informacje, których potrzebował.
Skinął
głową - Zajmę się tym.
-
Jesteś dzisiaj moim wybawcą albo wybawcą Schroniska King’s.
Schronisko
King’s. Opiekowali się uciekinierami.
Tak,
dobry powód, dla którego bracia całkowicie zagłosowaliby za poparciem.
Nie
wdawał się w to ponownie z nią.
Powiedział
jej - Możesz tu dalej ze mną rozmawiać, albo ja pójdę po twoje gówno i zaniosę
je do schroniska.
Ciągle
się uśmiechała - W takim razie się zamknę. Dzięki, High. Jesteś najlepszy.
Nadal
się uśmiechała, podnosząc rękę, a potem kobieta znów go dotknęła, ściskając
jego biceps, zanim go puściła, obracając się na pięcie i pędząc w stronę warsztatu,
jakby miała na to cały dzień i nie spieszyła się, by znaleźć jakieś opony.
Nie
pomyślał o tym. Nie, kiedy patrzył, jak jej tyłek poruszał się w obcisłej
spódniczce, tyłek, który był bardziej niż w porządku, nawet po tym, jak
wyskoczyła z niego dwójka dzieci i był jędrny po czterdziestce.
Tack
był szczęściarzem, ponieważ Cherry była jego kobietą.
High
przestał śledzić jej tyłek i poszedł na swój motor, którym pojechał do
mieszkania Boz’a, żeby móc zamienić go na jego pickupa.
Potem
poszedł do sklepu monopolowego, zabrał ten alkohol i pojechał na miejsce,
zatrzymując się za nim w miejscu załadunku, gdzie Cherry kazała mu jechać.
Kiedy
High wyskoczył z pickupa, wybiegł jakiś dzieciak.
–
Mam przesyłkę – powiedział do dzieciaka - Od Tyry Allen. Darowizna. Szampan.
-
Racja - Dzieciak skinął głową, nie patrząc High’owi w oczy, co High’owi bardzo
się nie podobało, bo nie było powodu, dla którego nie miałby tego robić. Zanim
High zdążył to ustalić, dzieciak wymamrotał - Zaraz wracam.
Potem
odwrócił się i pobiegł do budynku.
Kurwa.
Miał
nadzieję, że to nie potrwa wiecznie. Tego ranka nie miał nic do roboty, ale
wczesnym popołudniem musiał obejrzeć kolejne domy. Coś, czego nie wyglądał z
utęsknieniem. Coś, czego nie lubił robić i to nie tylko dlatego, że widział już
osiemnastu skurwieli, z których żaden nie był odpowiedni dla niego i jego
dziewczyn. Ale też zaczął tę misję, nie lubił chodzić po domach innych ludzi,
próbując wyobrazić sobie, że ich gówno zniknęło i było w nim nowe, żeby mógł
uczynić to przyzwoitym miejscem dla niego i jego dzieci.
Na
tę myśl wychwycił ruch, skupił uwagę na drzwiach i poczuł, jak jego ciało
zaciska się.
Millie.
Pieprzona
Millie wychodziła stamtąd z włosami
zaczesanymi do tyłu i spiętymi u nasady szyi w wielki kok, a jej ciało okryte było
sweterkową sukienką z golfem w kolorze toffi, sukienką, która muskała każdą
pieprzoną krągłość – a miała ich wiele – kiedy jej stopy były w błyszczących,
fantazyjnych, zajebiście seksownych butach na wysokich obcasach.
Ta
suka rozpuściła włosy, żeby dostać jego penisa na polu Billa.
Tym
razem wykorzystała sukienkę.
Jego
ciało napięło się jeszcze bardziej.
Został
wrobiony.
Co
gorsza, wrabiano go, a on nawet nie wiedział, do jakiej gry go zmuszano. Nie
widział jej od dwudziestu lat, teraz była wszędzie.
Cholerne,
kurwa, gówno.
Natychmiast
wkurzony bez powodu, High nie dostrzegł wyrazu jej twarzy, gdy zrobił dwa kroki
w jej stronę, warcząc - Jaja sobie robisz.
Tack
go ostrzegł. Powiedział, że on i Cherry wpadli na Millie, a Cherry miała zamiar
wtykać nos w sprawy High’a.
Oczywiście
zrobiła to i Millie weszła na całość.
Cholerna
Millie.
Pieprzona
suka.
-
Co ty tutaj robisz? – zapytała i, nie mniej wkurzony, High przegapił ton jej
głosu i nadal nie dostrzegał wyrazu jej twarzy.
-
To było dawno temu, kobieto, ale nauczyłem się lekcji, której mnie nauczyłaś –
uciął - Nie mogę sobie wyobrazić, jak myślisz, że możesz znowu mnie wrobić.
–
Jak mogłabym… wrobić cię?
Chryste,
była dobra w tym, co robiła. Gdyby był głupim osłem, myślącym kutasem, tak jak
wtedy, gdy miał dwadzieścia kilka lat, naprawdę uwierzyłby w jej zmieszanie.
–
Darowizna od Tyry Allen? - odgryzł się.
Zauważył,
że jej twarz pobladła i miał to w dupie.
-
Tyra Allen? - zapytała.
–
Jezu, suko – wycedził, robiąc kolejny krok w jej stronę, zauważając również, że
zesztywniała, nawet gdy cofnęła się o krok – Ty i starsza pani Tacka
wymanewrowaliście mnie w to gówno.
–
Ja… powiedziano mi, że szampan jest tutaj – powiedziała drżącym głosem i tak powinno
się dziać. Była krętaczem rodzaju żeńskiego, co oznaczało najgorszego rodzaju,
ale nie była głupia. Nie mogła przegapić, że był wkurzony.
-
Tak - odparł - Darowizna od Tyry Allen.
–
Podarowała go rodzina Masters – powiedziała.
–
Właśnie – wycedził – A Masters to panieńskie nazwisko Tyry.
Jej
oczy zrobiły się duże i pieprzyć go, suka miała czterdzieści jeden lat i to
wciąż było słodkie.
Słodkie
i fałszywe i totalne bzdury.
Zrobił
jeszcze trzy kroki w jej stronę, co zaprowadziło go dokładnie w jej przestrzeń.
-
Mówiłem ci, że nie chcę cię więcej widzieć - przypomniał jej twardo.
Patrzyła
na niego nieruchomo, jakby była zamrożona.
–
Miałem to na myśli – ciągnął dalej – Dostałaś to raz. Jak jeszcze raz
pociągniesz to gówno, nie spodobają
ci się konsekwencje.
–
Co za gówno? – zapytała, jakby nie nadążała. Kurwa, jakby była tak zagubiona,
że ledwo znała angielski.
–
To gówno, które masz z Tyrą – warknął - Nie żeby cię to obchodziło, ale trzymaj
tak dalej, nie tylko mnie wkurzysz, ale podkręcisz gówno z Tyrą i Tackiem. Ci
dwoje zaczęli od najgorszego rodzaju wyboistej ścieżki, przez którą możesz
przejść. Zasłużyli na spokojną żeglugę. Nie bądź suką, która sprawia im
kłopoty.
–
Tyra – wyszeptała, jakby coś jej świtało.
Pochylił
się bliżej niej i poczuł jej zapach tak, jak tamtej nocy u Billa.
Pachniała
inaczej niż wcześniej, kiedy myślał, że była jego. Jej włosy. Jej skóra.
Wszystko inaczej.
Prawdopodobnie
drogi szampon i zdecydowanie drogie perfumy.
Nie
interesował się tym gównem.
Ale
pieprzyć to, jeśli mu się to w niej nie podobało.
–
Nigdy więcej, kobieto – stwierdził - Słyszysz?
–
Ona… ona przyszła do mnie i…
Skończywszy
z nią, podniósł rękę, by chwycić ją za łokieć, aby zwrócić na siebie jej uwagę
i powiedzieć słowa, by to wyjaśnić.
Chciał
jej coś przekazać, a nie ją skrzywdzić.
I
nie zrobił jej krzywdy. Ledwo jej dotknął.
Ale
odsunęła się, robiąc dwa szybkie kroki do tyłu, potykając się na obcasach i
prostując się, a wszystko to tak, jakby chwycił, wykręcił jej rękę i spowodował
agonię.
–
Nie dotykaj mnie – syknęła i w końcu dotarło do niego, że jej wyraz twarzy
wydawał się oszołomiony.
Teraz
była wściekła.
Nie
wiedział, na co ta suka mogła być wkurzona.
Wiedział
jednak, że jej wkurzenie sprawiało, że był jeszcze bardziej wkurzony.
-
Teraz będziesz tak grała? - zapytał
nisko.
–
Nie gram w żadną grę, High – warknęła
i kurwa…
Kurwa.
Nigdy
nie nazwała go High. Ani razu, kiedy byli razem.
Dlaczego
teraz czuł to jak uderzenie pięścią w brzuch?
-
Weź swojego szampana i idź – rozkazała.
-
Zabierz tutaj swoich chłopców, żeby przyszli i go zabrali – skontrował.
–
Nie potrzebujemy tego – odparła, unosząc podbródek - Coś wymyślę. A teraz weź
to i idź.
–
Namówiłaś Tyrę, żeby za to zapłaciła, nie bądź głupia. Jak jest tutaj, weź go.
-
Niezależnie od tego, co myślisz, High, nie jestem w zmowie z Tyrą. Ona jest w
zmowie z kobietami o imieniu Elvira i Lanie. Coś sobie wymyśliły. Sugerowałabym
więc, żebyś wsiadł do pickupa, zabrał siebie i szampana z powrotem do Tyry i
wyjaśnił jej, że nie chcesz mnie widzieć, tak jak ja już jej wyjaśniłam, że nie
chcę widzieć ciebie.
-
Racja - zadrwił - Jakbym w to wierzył.
–
Mam w dupie, w co wierzysz – odparła, zimna jak lód – Ale w tej chwili mam event,
który ma się odbyć za jakieś sześć godzin i czterdzieści cztery minuty, więc
też nie mam czasu na twoje bzdury.
Przeszedł
od bycia bardzo wkurzonym do cholernie bardzo wkurzonego.
–
Moje bzdury? - odwarknął.
–
Twoje… – pochyliła się w jego stronę – bzdury
- Odchyliła się i kontynuowała - Skoro ty nie odchodzisz, ja pójdę.
I
po tym zaczęła się obracać.
Więc
High wrócił do jej przestrzeni, okrążył ją i zatrzymał się wystarczająco
blisko, by zatrzymać jej ucieczkę.
–
Nie odchodź, kurwa, ode mnie – warknął.
–
Nie mów mi, co mam robić – odpaliła.
Zignorował
to i rozkazał - Weź swoich chłopców, żeby przyszli po to gówno, żebym mógł
odejść.
-
Jak jesteś tak podekscytowany, aby pomóc dzieciom w Schronisku King’s, to
znajdujesz facetów, którzy pomogą ci to rozładować – odpowiedziała.
–
Więcej tego nie powiem – poinformował ją.
–
Ja też nie – odparła.
-
Suko... - zaczął warczeć, ale zatrzymał się, kiedy przekręciła się na palcach,
tak że była cal od jego twarzy i wszystko w niej go zaatakowało, więc -
pieprzyć go, tak cholernie słaby - właściwie nie mógł iść dalej.
-
Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie suką, High, przysięgam na Boga, pożałujesz -
zagroziła.
-
Co zrobisz? - zapytał uszczypliwie - Wyssiesz mi fiuta do czysta?
Cierpienie
przecięło jej rysy, odwzajemniając ból, którego, kurwa, nienawidził, a który
czuł rozdzierający jego wnętrzności, zanim jej oczy zapłonęły.
–
Boże, jesteś dupkiem – syknęła.
-
Założę się, że jak rzucę cię na kolana i włożę w ciebie fiuta, z jednej strony
lub z drugiej, a przestaniesz tak myśleć - odpowiedział.
–
To się już nigdy nie powtórzy – oznajmiła kwaśno.
-
Racja, jakby ten cały plan nie był twoją grą, by zdobyć więcej mojego fiuta -
Przechylił głowę na bok i zapytał sarkastycznie - Co się stało, mała? Okres
posuchy?
–
Odsuń się – zażądała.
–
Jak każesz swoim chłopcom rozładować, wypieprzę cię w twarz z tyłu mojego pickupa
– zaoferował.
–
Odsuń się – warknęła.
Wzruszył
ramionami - Mnie to wszystko jedno, jak chcesz, mogę wziąć twoją cipkę.
Znów
stanęła na palcach - Odsuń… się.
Uniósł
brwi w fałszywym szoku - Wolisz w dupę?
Spojrzała
na niego gniewnie, próbując wytrzymać jego spojrzenie, rozpoczynając nową grę,
której nie mogła wygrać.
I
nie zrobiła tego.
Spróbowała
więc innej taktyki. Wiedział to, kiedy zobaczył, że jej oczy są mokre.
Kolejna
gra, której nie mogła wygrać.
–
Najładniejsza płaczka, jaką kiedykolwiek znałem – wyszeptał i usłyszał, jak jej
oddech wstrzymał się, a jej wzrok zwrócił się w poszukiwaniu.
Głupia
suka myślała, że wygrała.
Ale
nie kłamał. W tamtych czasach, gdy cokolwiek doprowadzało ją do łez, nie płakała
brzydko, nie czerwieniła się i nie robiła min. Płakała jak wytrawna aktorka,
którą była.
–
Dobrze, mała – trzymał ją w napięciu - Dam ci, czego chcesz, bo nie dostałaś
tego ostatnim razem, a ja wiem, jak bardzo to kochasz. Zjem cię, zanim cię
zerżnę. Po prostu każ swoim chłopcom przenieść ten pieprzony alkohol.
Jej
głowa gwałtownie odskoczyła, jakby ją uderzył, i on też to poczuł w brzuchu.
–
Myślę, że cię nienawidzę – oświadczyła, brzmiąc na autentycznie wstrząśniętą,
nie wspominając o tym, że wyglądała tak samo.
Była
w tym dobra.
Mistrzyni.
–
Nie ma myślę z mojej strony – odparł.
Pociągnęła
nosem, opanowując się, a potem wyprostowała ramiona.
-
Dobrze, High. Wygrałeś. Poproszę Scotta, żeby zebrał kilku chłopców do
rozładunku pickupa. A teraz – przechyliła głowę, ale wytrzymała jego wzrok –
czy zejdziesz mi z drogi?
Od
razu odszedł na bok.
Nie
wahała się ruszyć swoim krągłym tyłkiem do drzwi, przejść przez nie, znikając w
cieniu.
Stał
tam, wpatrując się w te cienie zbyt długo, zanim podniósł rękę, przeczesał
palcami włosy i ruszył do pickupa.
Wyjął
osiem z dwunastu skrzynek i ułożył je przy drzwiach, zanim dzieciak wrócił z kumplem.
Ledwo
uprzątnęli ostatnie pudło, kiedy zatrzasnął klapę i ruszył do kabiny.
Pojechał
prosto do Chaosu, zaparkował u podnóża schodów prowadzących do biura warsztatu,
wysiadł z pickupa i wszedł, skacząc po dwa stopnie na raz.
Głowa
Cherry odskoczyła w jego stronę, gdy tylko otworzył drzwi.
Widział
w niej nadzieję.
Potem
zobaczył, jak to zamknęła, przybrała neutralny wyraz twarzy i uniosła brwi.
O
tak, został wrobiony.
-
Wszystko okej? - zapytała z lekkim uśmiechem.
-
Nie rób tego – odpowiedział, nawet nie wchodząc do końca, stojąc w otwartych
drzwiach.
To
nie potrwa długo, ale jego przesłanie będzie jasne.
Wyglądała
na zaniepokojoną, zanim zapytała – Czego nie robić?
-
Szacunek - powiedział cicho – Masz to, Cherry. Wiesz o tym. Nie strać tego. Tylko
nie rób tego. Słyszysz?
Obróciła
swój fotel w jego stronę, zaczynając - High...
–
Nie rób tego – powtórzył - Słyszysz?
Wstała
- Myślę, że nie rozumiesz.
-
Nie, kotku. Ty nie rozumiesz. A ja
proszę, Tyro, wysłuchaj mnie. Proszę cię, żebyś przestała. Nieważne, co ona ci
powiedziała. Przestań.
Patrzył,
jak jej brwi się ściągnęły, a ona zapytała – Co mi powiedziała?
Nie
zamierzał tam iść.
–
Skończyłem z tym – powiedział jej - I ty skończ z tym. Wtedy będziemy okej. Jak
ty jeszcze nie skończyłaś, nie będzie dobre, Cherry. A ja, szczerze mówiąc, nie
chcę tego, więc nie rób tego w ten sposób.
Potem
wyszedł za drzwi i poruszał się dalej, nawet gdy usłyszał jej wołanie - High!
Zbiegł
po schodach, wsiadł do pickupa i zawrócił na dziedzińcu, gdy zobaczył Cherry
schodzącą po schodach.
Potem
wyjechał z Ride i nie oglądał się za siebie.
*****
–
Myślisz, że odpuści? - zapytał Boz.
High
i jego brat siedzieli przy kuchennym stole Boz’a, przed nimi stała butelka
wódki i szklanki, bez lodu i dodatków.
To
nie była taka noc.
Mówili
o Cherry.
I
Millie.
Pieprzonej
Millie.
Wróciła.
Dwadzieścia
lat z nią jako duchem w jego głowie, nawiedzającym jego wspomnienia, nękającym
go, sprawiającym, że zastanawiał się, jakim cudem był tak cholernie głupi, że
odczytał to tak kurewsko źle.
I
była z powrotem.
Nie
duch.
Szukała
go u Billa.
Rzuciła
się na niego.
Chryste,
kiedy ta suka pociągnęła go za pasek, żeby dostać się do jego fiuta… Chryste.
Cholera,
mógłby wmawiać sobie, że zapomniał.
Mógł
dać wmówić sobie i pozwolić jej mieć wszystko, czego, kurwa, chciała… znowu.
Dać
z siebie wszystko… znowu.
Po
prostu mieć to z powrotem, nawet jeśli to było kłamstwo.
Do
diabła, mógłby dać się namówić na zniesienie bólu jeszcze przez dwadzieścia
lat, tylko po to, żeby to odzyskać.
Nawet
jeśli miało to być tylko na jeden dzień.
Nalał
więcej wódki do kieliszka, spojrzał na Boz’a i odpowiedział na jego pytanie - Ona
jest Cherry. Nie wiadomo, co ona zrobi.
Boz
wziął swoją szklankę i odrzucił kulkę, upuszczając ją na stół, mówiąc - Tack
przemówi jej do rozsądku.
-
Boz, bracie, jeździłeś pociągiem Tack i Tyra z nami przez prawie dekadę.
Kobieta robi to, co robi. A on na to pozwala. Tak już jest.
Boz
przeniósł wzrok na High’a.
-
Tak - powiedział cicho - w każdej innej rzeczy. Ale to ty, High. Ty i Tack
macie swoją historię, ale to ty jesteś brat, a to ty i ta cipa. On wie. Zna tę
sukę. Cherry nie wie – Jego głos
jeszcze bardziej się obniżył – Przemówi jej do rozsądku.
W
ustach miał kwaśny posmak, gdy słuchał, jak Boz nazywał Millie w ten sposób.
Już
dawno przestał się zastanawiać, kiedy ta reakcja go opuści. Automatyczna
potrzeba obrony jej. Był już do tego przyzwyczajony, a teraz przynajmniej już
nie chciał wpychać pięści w gardło każdemu mężczyźnie, który zwracał się do
niej w ten sposób. A na początku, kiedy bracia byli tak wkurzeni tym, co
zrobiła, to była poważna walka.
High
nie odpowiedział Boz’owi głównie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. W
przypadku Cherry, zwłaszcza jeśli ona i Millie połączyły Elvirę i Lanie –
pierwsza bardziej szalona niż ostatnia, ale niewiele – nie wiadomo było, co się
mogło stać.
Miał
tylko nadzieję, że żadna z tych kobiet nie popchnęłaby go za daleko. Lubił je
wszystkie. Były Chaosem, nawet Elvira, która nie rościła sobie prawa do żadnego
brata. Rodzina była rodziną i oni byli rodziną, taką, która była o wiele
bliższa niż krewni.
Ale
za daleko dla mężczyzny takiego jak on, było po prostu za daleko.
On
nie odpowiedział też, bo miał dość jak na jedną noc.
Wziął
więc kieliszek, wychylił wódkę i postawił go na stole.
–
Zabieram się – mruknął, odsuwając krzesło.
–
Racja – odparł Boz - Później.
–
Później, bracie – odparł High, przechodząc przez tylne drzwi, przez długi płot
z boku domu Boz’a do dużej przestrzeni, gdzie Boz pozwalał mu trzymać jego
kampera.
Zatrzymał
się tutaj, odkąd podarował dom swojej od niedawna byłej żonie, Deb. I to było
coś, co zrobił, ponieważ nie chciał, by życie jego dziewczyn było bardziej
popieprzone niż już było.
Wisiała
tam Cleo, jego najstarsza. Była twarda, jak jej ojciec. Była też mądra. I była
jego dziewczyną. Kochała go całkowicie. Kochała też swoją mamę, ale była córką
swojego taty. I bez względu na to, jak bardzo on i Deb próbowali to ukryć,
wyczuwała, że nie byli szczęśliwi, a teraz on wyczuł, że poczuła ulgę, że to
koniec.
Co
było do bani.
Zadie
miała problemy. Jego córeczka miała głowę w chmurach, więc mógł spojrzeć wstecz
i zobaczyć ją w łóżeczku, wpatrującą się w komórkę, nie widzącą tego gówna, ale
widzącą jej małe dziecięce marzenia. Nic nie wyczuła. Jego dziecko miało
dziesięć lat, a ona wierzyła, że poślubi księcia w sposób, który wystraszył High’a,
ponieważ było to na sposób, w jaki nie zamierzała porzucić tego marzenia.
Nigdy
nie porzuciła żadnego marzenia.
Jak
szczęśliwy dom z mamą i tatą razem.
Więc
nie tkwiła w tym. Nienawidziła tego, że się rozstali.
Co
też było do bani.
Musiał
je ustawić. Wejść do domu, aby zmiana nie wydawała się tymczasowa. Zapewnić im
własny pokój, przestrzeń, która będzie ich własnością, w miejscu, które będzie
jego.
W
wieku dwunastu i dziesięciu lat potrzebowały teraz mamy, więc nie dążył do
częściowej opieki nad nimi. Potrzebowały stabilizacji. Przyjeżdżały, by być z
tatą co drugi weekend.
On
i Deb zawarli układ. Nie skakali sobie do gardeł. Po prostu im się poszczęściło
i jednocześnie doszli do wniosku, że wystarczy. Nie kochali się, nigdy się nie
kochali. Wprowadził ją w ciążę i nie był typem człowieka, który pozwoliłby, by
ta odpowiedzialność zniknęła, kiedy powiedziała, że zamierzała ją zatrzymać i
że potrzebowała go finansowo. Więc wzięli ślub.
Ale
lubili się nawzajem i oboje doszli do wniosku, że lepiej byłoby to zakończyć,
niż czekać, aż by to się pogorszyło, ponieważ wymknęło się ich życie w
małżeństwie, którego nie lubili.
Więc
Deb była dobra, gdy przychodził na obiad. Chodził na recitale dziewcząt i siedział
tam z nią. Odbierał je i przyjmował je w Kompleksie lub zabierał je na pizzę
lub lody, kiedy nie był to jego czas.
Nie
widywał ich codziennie, co nie było do niczego.
Całkowicie
do bani.
Ale
musiał dać im to, czego potrzebowały.
A
kiedy potrzebowały taty, a on miałby miejsce, w którym czułyby się bezpiecznie,
zanim znalazłyby się w strefie (lub blisko niej), w której stałyby się
kobietami, byłby dla nich właśnie tam i miałyby mamę częściej. Deb i on
zgodzili się, że kiedy Cleo będzie miała czternaście lat, a Zadie dwanaście,
będą miały tatę na dłużej. Więc po dwóch latach, o których wiedział, że będą to
dwa długie lata, podzielą się opieką na połowę.
Wszystko
było w ich umowie.
Musiał
tylko znaleźć pieprzony dom i nie chciał czekać z tym dwa lata.
Jego
kamper był gównem. Nawet Deb, która nie zgadzała się z nim prawie w niczym, co
zrobił przez ostatnie trzynaście lat, lubiła ten kamper i robiła to, nawet
wiedząc, ile ten skurwiel kosztował.
Ale
mieszkał w nim od dziewięciu miesięcy obok domu Boz’a.
Musiał
znaleźć pieprzony dom.
Podszedł
do bocznych drzwi, otworzył je, wszedł do środka i włączył go.
Włączył
jeden z telewizorów (ta rzecz miała cztery, w tym jeden wbudowany na zewnątrz)
i usiadł, żeby zdjąć buty.
Nie
zdążył zdjąć pierwszego, zanim coś przykuło jego wzrok i napiął się.
Potem,
zamiast zdjąć but, wyciągnął nóż z boku.
Powoli
wstał i podszedł do szafki, czujnie otwierając ją, sięgając wysoko, odpychając
worek mąki, który był tam tylko po to, by ukryć to, co się za nim znajdowało.
Sięgnął do środka, chwycił broń i ostrożnie ruszył korytarzem, zatrzymując się
przed łazienką.
Stojąc
na zewnątrz, ostrożnie zacisnął dłoń na drzwiach i włączył światło. Jeszcze
ostrożniej zajrzał do środka.
I
nic nie zobaczył.
Kontynuował,
aż trafił do sypialni.
Zrobił
to samo co z łazienką.
Ale
nikogo tam nie było.
Chaos
nie miał ostatnio wielu problemów, nie tak jak kiedyś, kiedy miał swoich
sojuszników… ale miał też swoich wrogów.
Wciąż
jednak mieli jeden problem. Duży. Był nim potężny psychopata o imieniu Benito
Valenzuela, który chciał cofnąć całą pracę wykonaną przez Chaos, aby oczyścić ich
terytorium, pracę, którą utrzymywali mocną od lat.
Sprawy
z Valenzuelą były ciche. Ale toczyły się zbyt długo, mężczyźni zaczynali się
denerwować, a gracze w Denver nie traktowali klubu poważnie, więc Chaos
ostatnio zintensyfikował manewry, aby go ostrzec, co oznaczało, że wszyscy
bracia byli na krawędzi.
A
ostatnio, kiedy Millie wróciła, High był zdenerwowany różnymi rzeczami, nie
tylko Valenzuelą.
Zacisnął
zęby i wpatrywał się w wielką niebieską plastikową skrzynię z białym przykryciem,
stojącą na jego łóżku.
Potem
wydał zirytowany dźwięk w gardle, kiedy zobaczył złożoną kartkę papieru z
napisem „High” pismem Cherry.
Nieraz
pożyczał kampera Tackowi i jej, żeby zabierali chłopców do parków stanowych i
robili inne gówna.
Miała
klucz.
–
Kurwa – wymamrotał.
Wpychając
pistolet za pasek z tyłu, rzucając nóż na łóżko, sięgnął do papieru.
Rozwinął
go i przeczytał:
High,
Millie dała Lanie,
Elvirze i mnie tę skrzynię. Powiedziała, że nie może się zmusić do pozbycia się
tego, co jest w środku, więc poprosiła nas, abyśmy zrobiły to za nią. Kiedy
zobaczyłyśmy, co to jest, też nie mogłyśmy się zmusić, żeby to zrobić. Zgaduję,
z naszej dzisiejszej rozmowy, że ty możesz.
Więc zrób to.
Naprawdę przepraszam,
że wpakowałam się w to z tobą i Millie.
Zdenerwowałam ciebie i
Millie w naprawdę zły sposób. Najwyraźniej ona też po prostu chce iść dalej.
Powinnam była zostawić to w spokoju.
Teraz zostawię to w
spokoju i porozmawiam z Lanie i Elvirą, żeby one też to zrobiły.
Przepraszam jeszcze
raz, High.
Cherry
Nie
chcąc, ale nie mogąc się powstrzymać, przekręcił zatrzaski, odrzucił wieko i
wciągnął powietrze na widok tego, co zobaczył.
–
Kurwa – szepnął – Ta pieprzona suka.
Nie
tracił czasu, sięgając poza skrzynię, chwytając pokrywę, by ją z powrotem założyć
i ponownie ją zapinając.
Potem
spojrzał na skrzynię.
Jezu,
dobrze wiedziała, jak grać w tę grę. To, co było w tej skrzyni, sprawiło, że
Cherry i jej załoga z trudem kopałyby, robiłyby to głęboko i nie poddawałyby
się, dopóki praca, którą chciałyby wykonać, nie zostałaby wykonana.
Po
prostu nie zrozumiał tego, czego chciała. Nie pozwolił jej podejść do niego
tylko dlatego, że była wściekła na jego kutasa.
Kłamstwo,
którym żyli, nie obejmowało kurewsko spektakularnego seksu.
Tak
było.
Za
każdym razem.
A
ona dyszała za tym.
Za
każdym razem.
Może
trafiła na czas posuchy.
Może
się po prostu nudziła.
Nie
obchodziło go to.
Cokolwiek
to było, musiał to zamknąć.
Nie
miał pojęcia, dlaczego zatrzymała te zdjęcia, poza tym, że przechowywała
wszystko. Pamiątki z koncertów. Na wpół podarte bilety z kina. Wstążki z
prezentów. Plastikowe kubki z wypisanymi ich imionami z imprez. Sznury
świątecznych lampek, które nie działały, a ona była pewna, że mogłaby je naprawić, gdyby znalazła przepaloną żarówkę (ale
nigdy nie znalazła przepalonej żarówki, chociaż kobieta próbowała, siedząc na
podłodze, wyciągając jedną i wtykając drugą przez pieprzone godziny).
I
każde zdjęcie zrobione im razem, nawet jeśli było nieostre, jedna z ich twarzy
była ucięta lub połowa ujęcia była zasłonięta palcem.
Te
nie tworzyły jej albumów, ale się ich nie pozbyła.
Zachowała
je.
Wszystkie.
Przez
dwadzieścia lat.
I
znalazła dla nich zastosowanie.
Podniósł
skrzynię, przeciągnął ją przez kampera, postawił, żeby otworzyć drzwi, a potem
wyrzucił ją na zimno. Usłyszał, jak wylądowała z hukiem, ale nie zwracał na to
uwagi, kiedy zamknął drzwi na klucz.
Potem
wrócił do zdejmowania butów, a robiąc to, ponownie myślał, że nie miał pojęcia,
dlaczego wróciła. Nie miał pojęcia, czego od niego chciała. Nawet go to, kurwa,
nie obchodziło.
Po
prostu wiedział, że wszystko było po to, żeby to zdobyć.
A
żaden człowiek nie mógłby stoczyć wojny i wygrać bez informacji.
Wydawało
mu się, że dwadzieścia lat temu znał Millie Cross, ale tak nie było.
Teraz
wiedział o niej ni chuja.
Sięgnął
więc do tylnej kieszeni spodni, wyciągnął telefon, przeszedł do kontaktów i
dotknął ekranu, aby się połączyć.
Przyłożył
telefon do ucha.
-
Powiedz mi, że dzwonisz, żeby umówić się na grę – szepnęła mu do ucha Shirleen
Jackson.
-
Bierz pieniądze, kiedy tylko chcesz - odpowiedział.
Wyciągnęła
- Proszę.
Ale
blefowała. Dlatego zawsze przegrywała. To i fakt, że mógł czytać, co miała w ręce,
patrząc na jej twarz.
Do
diabła, ta kobieta prowadziła gry w pokera w Denver, a była najgorszym graczem,
jakiego znał.
Ale
teraz była także recepcjonistką w Nightingale Investigations, czołowej
prywatnej firmie detektywistycznej w całym regionie Gór Skalistych.
I
była przyjaciółką.
Shirleen
i High mieli swoją historię. Zrobiłaby dla niego wszystko, a on by się
odwdzięczył.
Nie
chodziło o przysługi.
Chodziło
o więź. Takie okoliczności w życiu, że nie można tego złamać.
Była
brudna.
On
też.
Ale
ona była brudna, kiedy miała tylko swojego bratanka po swojej stronie.
On
był brudny, kiedy za nim stali wszyscy jego bracia, bo cały Chaos w tym był, a
potem w Klubie był rozłam.
Nadal
on miał braci po swojej stronie, a ona miała tylko Dariusa.
Darius
był lojalny i mądry, ale był tylko jednym mężczyzną, którego Shirleen czuła
potrzebę ochrony.
Więc
był czas, kiedy nie było nikogo, kto mógłby chronić Shirleen.
Oprócz
High’a.
Dokonał
tego.
Nigdy
tego nie zapomniała.
Była
typem kobiety, która nigdy by nie zapomniała.
-
Potrzebuję czegoś - powiedział jej.
-
Daj to mnie – zaprosiła, jak wiedział, że by zrobiła.
-
Cokolwiek i wszystko, co można wykopać na Millicent Annę Cross. Kobieta.
Czterdzieści jeden. Mieszka w Denver. Napiszę ci, co jeszcze na nią mam, co
ułatwi ci życie. Ale najpierw poproszę adres.
–
Masz to – odpowiedziała.
-
Chłopców to nie dotyczy, Shirleen - powiedział jej - Nightingale lub
którykolwiek z nich. Utrzymuj to w ciszy. Tylko ty wiesz. Tak?
–
Tak, High – zgodziła się, po czym zapytała dociekliwie – Wszystko w porządku?
Nie
wahał się jej tego dać.
-
Wciągnięto mnie grę, w której nie chcę brać udziału, ale jestem w niej i tym
razem zamierzam wygrać.
–
Racja – powiedziała cicho. Potem ciszej – Spotkałam cię, kiedy to się
skończyło, chłopcze, ale każdy, kto wtedy grał w Denver, wiedział, że miałeś
dziewczynę o imieniu Millie.
Wziął
głęboki oddech.
Potem
powiedział - Po prostu daj mi tyle, ile możesz.
-
Okej, High.
Oparł
się plecami o poduszki kanapy - Wkrótce ustawimy grę.
-
Tylko nie przyprowadzaj Hound’a. jestem pewna, że ten chłopak to oszust –
mruknęła.
W
przypadku kogokolwiek innego takie obelgi wobec brata byłyby zaproszeniem do
zemsty.
Ale
dla High Shirleen była rodziną, więc nic nie zachęcało do zemsty.
-
Jak Hound wywęszy grę, nic nie powstrzyma go przed pokazaniem się.
–
Cokolwiek – mruknęła - Teraz będziemy strzelać gówna, czy pozwolisz mi
odpocząć?
–
Nie przyszłoby mi do głowy, żeby przerywać twój odpoczynek dla urody.
–
Już to zrobiłam, chłopcze.
Po
dostarczeniu tego rozłączyła się.
High
zdjął telefon z ucha i uśmiechnął się do niego.
Potem
rzucił ją na poduszkę obok siebie i zobaczył stos naczyń w zlewie, gdzie zostawił
je rano, mówiąc sobie, że zajmie się nimi tej nocy.
Nie
zamierzał zmywać naczyń.
Miał
paść do wyra.
Nie
zwlekał z tym.
Kamper
był bałaganem.
Ale
jego pościel była czysta. Upewnił się, żeby sprać zapach Millie.
Niestety,
nie mógł przestać o niej myśleć w ciemności, leżąc w łóżku, gdzie trzymał jej
tyłek w swoich dłoniach, widok na jego tatuaż na jej plecach był nieunikniony,
więc w końcu musiał zakryć go dłonią, żeby mógł skoncentrować się na dojściu
zamiast pieprzenia jej przez tak długo, jak mógł, nawet gdyby udało mu się to
zrobić do ostatniego tchnienia.
Cleo
i Zadie.
Deb
wybrała imię dla jego najstarszej córki, High dla następnego dziecka.
Żadne
z nich nie było nawet w pobliżu dziesięciu imion, które wybrali z Millie.
Pięć
dla chłopców. Piątka dla dziewczyn. W ten sposób mieli pewność, że będą kryci,
cokolwiek się stanie.
Jej
dwa najlepsze typy dla dziewcząt to imiona jej dwóch babć.
Katherine
i Ruth.
Katy
i Ruthy.
Zastanawiał
się, czy jej dziewczyny są teraz z nią, czy z jakimś byłym.
Zacisnął
zęby na ten pomysł, ale to nie powstrzymało myśli, które obejmowały
zastanawianie się, czy, jeśli zamiast tego miała chłopców, wybrała najlepsze
imiona, o których zdecydowali. Flynn i Chance.
Nie
zdziwiły się, chociaż nadanie dzieciom innego mężczyzny ich męskich imion
byłoby nie do pomyślenia, nawet dla niej.
Ale
była szaleńczo nastawiona na wybieranie właściwych imion. Trzy cholerne lata to
przerabiali. To było jak gra, którą oboje lubili, przechodząc od dziwacznych do
wzniosłych wyborów, próbując rozśmieszyć się nawzajem, ale także będąc poważnymi,
ustalając niektóre, przestawiając ulubione, dopóki nie byli pewni.
Ale
nigdy nie przestali o tym mówić, rzucając jedno imię przez drugie tylko po to,
by zobaczyć, czy to pasowało.
Aż
do kilku miesięcy przed tym, jak odesłała go spakowanego.
Potem
przestała to robić, a każda dyskusja, jaką mieli na ten temat, kiedy to zrobił,
była z jej strony sztywna i wymuszona, jakby chciała, żeby myślał, że nadal się
tym interesowała, kiedy absolutnie nie robiła tego.
Wtedy
naprawdę tego nie zauważył.
Podobnie
jak Zadie żył w świecie marzeń.
Potem
Millie go wyrzuciła.
A
teraz był tutaj, miał czterdzieści cztery lata i po drodze narobił ogromnego
bałaganu. Miał małżeństwo bez miłości, które trwało trzynaście lat. Miał tak
wiele bliskich wyborów, tak wielu różnych odmian, które mogły mu zapewnić inne
życie lub przedwczesną śmierć, to nie było kurewsko zabawne.
Ale
poza jego życiem wciąż miał swoich braci i miał swoje dwie córki.
I
przez trzy lata żył marzeniem.
Marzeniem,
które był kłamstwem.
Ale
przynajmniej wydawało mu się, że to było marzenie, zanim dowiedział się, że to było
kłamstwo i przyjął to.
W
życiu High’a, odkąd stracił Millie, przyjąłby to.
I
cieszyłby się z tego.
*****
Dwadzieścia trzy lata
wcześniej, pokój wspólny Kompleksu Chaos …
–
Ona jest tym dla ciebie, prawda, High?
Na
słowa Blacka Logan oderwał wzrok od Millie, która była po drugiej stronie
pokoju z Chew, chichocząc, gdy tarantula Chew’a pełzała po niej.
Tarantula
Chew’a i fakt, że miał siedem takich skurwieli i zawsze miał jednego – jego
słowa, odkąd był małym dzieckiem – dlatego brata nazywano „Chew”.
-
Taka lekka! - Millie płakała - I futrzana. Ona łaskocze!
Chew
uśmiechnął się do niej w sposób, który nie spodobał się Loganowi, ale nic z tym
nie zrobił, bo wiedział, że chociaż Chew wyraźnie coś czuł do jego dziewczyny,
była dziewczyną Logana, a Chew był jego bratem. Nie tylko Millie by tego nie
zrobiła, Chew też by tego nie zrobił.
Millie
popatrzyła na niego - Logan! Potrzebujemy tarantuli!
Nie
chciał pieprzonej tarantuli.
Ale
jeśli ona tego chciała, on ją dla niej załatwił.
Nie
powiedział tego.
Uśmiechnął
się tylko.
Odwróciła
się z powrotem do pająka pełzającego po ramieniu, które uniosła przed jej
twarz.
Logan
odwrócił się do Blacka, który stał obok niego, podobnie jak Tack.
-
Tak - odpowiedział.
-
Szybko zamieszkaliście razem - mruknął Tack, spoglądając na niego przyjaźnie,
ale z troską.
Logan
lubił Tacka, ale brat go przerażał, bo był jak geniusz czy coś. Widział rzeczy,
których inni nie widzieli.
I
nie myślał krok do przodu, ani dwa, ani pięć, ale pięćdziesiąt.
Z
tego powodu pojawiły się kłopoty.
Człowiek
taki jak Tack nie był żołnierzem.
Człowiek
taki jak Tack był przywódcą.
Wszyscy
mężczyźni to wiedzieli.
W
tym ich obecny prezes, Crank, któremu się to nie podobało.
–
Tak – powtórzył Logan, odpowiadając na pytanie Tacka, bo miał rację.
Millie
i on mieszkali razem od kilku tygodni. Uczyła się w college’u i pracowała na
pół etatu.
Oficjalnie
przeszedł inicjację w Klubie i miał udział w klubowych zyskach brata.
Więc
wszystko było dobrze, według jego sposobu myślenia.
Prawdę
powiedziawszy, jej rodzice nie byli podekscytowani tym, że zamieszkali razem.
Zgodzili się pokryć jej czesne, płacić za książki, ale ponieważ wprowadziła się
do niego, zrobiła to szybko i zrobiła to bez obrączki na palcu, nie dali nic
więcej.
To
oznaczało, że Logan ją krył, mimo że ciężko pracowała, zarówno w szkole, jak i
w tej gównianej pracy, którą miała w sklepie w centrum handlowym, żeby nie
musiała zbytnio na nim polegać.
Nie
obchodziło go to.
Kładł
się obok niej do łóżka, budził się obok niej, była jego. Mogłaby rzucić robotę
i siedzieć przed telewizorem i jeść M&Ms’y przez cały dzień, gdyby mu na
tym zależało. Dopóki uśmiechała się do niego tak, jak uśmiechała się do niego,
jakby żaden mężczyzna na tej planecie nie oddychał, będzie się nią opiekował.
-
Dobry wybór - zauważył Black, a Logan poświęcił mu uwagę, by zobaczyć, jak
Black patrzył na Millie – Pozornie, ona nie jest starszą panią - Jego
spojrzenie powędrowało do Logana - Głęboko tam, gdzie powinno być to gówno, ona
jest o tym wszystkim.
-
Tak - powtórzył Logan, bo to była prawda.
Chodziło
jej wyłącznie o rodzinę. Jej. Jego. Tą, którą zamierzali stworzyć pewnego dnia.
Więc
tak. Zdecydowanie.
Chodziło
jej o to.
Starsza
pani na wskroś.
Ale
tylko dlatego, że był motocyklistą. Byłaby taka, jakiej potrzebował.
To
była Millie.
–
Cieszę się twoim szczęściem, bracie – powiedział Tack – W twoim wieku mężczyźni
nie znajdują tego właściwego - Poklepał Logana po ramieniu - Ty to zrobiłeś.
Logan
kiwnął brodą.
–
Tak, zrobiłem – zgodził się.
Millie
ponownie zachichotała i oczy wszystkich mężczyzn skierowały się na nią.
Teraz
pełzały po niej dwie tarantule Chew’a.
A
ona to uwielbiała.
A
Logan ją kochał. Nie obchodziło go, co było napisane, jakie to było niemożliwe,
skoro byli razem zaledwie kilka miesięcy. Zakochał się w chwili, gdy na nią
spojrzał. Bardziej zakochał po ich pierwszym „hej”. Potem bardziej, kiedy
powiedziała mu, jak ma na imię. I jeszcze bardziej, kiedy wyglądała na tak
uroczo zranioną, kiedy myślała, że się z tego śmiał.
A
potem bardziej.
I
nawet bardziej.
To
będzie trwało wiecznie, wiedział o tym.
Każdego
dnia, aż do śmierci, będzie zakochiwał się w niej coraz bardziej.
Był
cholernym szczęściarzem i wiedział o tym. Miał dobrą rodzinę. Zostawił to, trochę
się zabawił, narobił kłopotów, znalazł Chaos i zasłużył sobie na nową rodzinę.
Potem
znalazł Millie.
Tak,
był cholernym szczęściarzem.
I
kiedy wpatrywał się w Millie z tarantulami, czując, jak drgały mu usta,
wiedział o tym.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo
OdpowiedzUsuń